Tag Archives: lenistwo

Lenistwo matką wynalazku

295d1fb64d4ba3bb513620520cdbfb52,640,0,0,0Naoglądałam się za dużo Seksu w Wielkim Mieście, żeby znaleźć sobie normalną robotę. Taką z biurkiem w open spejsie i identyfikatorem dyndającym na szyi. Dlatego, żeby popracować, chadzam do kawiarni (przed über-hipsterstwem na szczęście ratuje mnie brak mcbooka). Kto nigdy nie pracował „z domu” nigdy tego nie pojmie. Pomyśli, że my sobie tak przychodzimy poszpanować. Poudawać intelektualistów.

Otóż nie. Za każdym kawiarnianym hipsterem kryje się wielce złożona batalia o produktywność. Pragnienie by kolejny dzień przyniósł coś więcej, niż zmianę daty w telefonie. Walka o wykrzesanie determinacji niezbędnej do poczucia się wartościowym członkiem społeczeństwa. Czyli takim, co pracuje, tworzy, działa… Nawet, jeśli nie w firmie, biurze, korporacji (…)

Advertisements

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Dla naburmuszonych złośnic i rozmemłanych prokrastynatorów

b170661185203eeb3ed263024b618add

Szaro, buro i (prawie) zima. Nastrój pod psem (a w moim przypadku kotem, a nawet dwoma). Na przemian lenię się i wściekam na swoja własną degrengoladę. Złość to czasem piękna rzecz, daje kopa do ruszenia d… się. Pod warunkiem oczywiście, że zostaje uwolniona. Można ją na przykład wypłakać. Albo wykrzyczeć. Można też wyżyć się na modłę staroświecką i przelać ją na papier (piórem gęsim), bądź na modłę postnowoczesną (na rozklekotaną klawiaturę laptopa). Co też czynię, ku Waszej radości/utrapieniu drodzy użytkownicy, blog-czytelnicy i współ-leniwcy. Solidaryzuję się dziś ze wszystkimi naburmuszonymi złośnicami i rozmemłanymi prokrastynatorami. Na co lubimy stękać, narzekać, marudzić? Czego lubimy nie znosić? Co nas doprowadza do szału? No to lecimy. Panie przodem itd. itp., czyli najpierw moja kolej.

Łazienki bez luster. Kiedy obrzydliwie bogaci ludzie narzekają (na cokolwiek). Knajpy, w których można palić (powszechne w Austrii). Wszelkie rodzaje „sztuki” inspirowane młodzieńczym okresem gniewu, burzy i naporu . Weganie nawracający mięsożerców (jeszcze żadnego nie poznałam, ale jestem pewna że ich nie znoszę). Siłownia. Sposób, w jaki mój mąż wymawia słowo „important”, zjadając wszystkie samogłoski. Aktorki budzące się na filmach w nieskazitelnej stylówie porannej i z pełnym mejkapem jak od Diora. Owoce morza.

Grube dzieci jedzące słodycze. Grubi dorośli jedzący słodycze. Chuderlaczki dziobiące sałatę i skarżące się „ale jestem gruba”. Naturalne jasne blondynki (nic co ludzkie nie jest mi obce, łącznie z zazdrością). Książki  Paulo Coelho. Złote myśli Paulo Coelho. Kiedy ktoś mówi, że Paulo Coelho to literatura. Ludzie z brudnymi włosami. Moje stare okulary minus siedem dioptrii spadające na podłogę za każdym razem, gdy spojrze w dół. To, że muszę zdejmować szkła kontaktowe po późnym powrocie do domu, w stanie zmęczenia i/bądź wstawienia.

Gdy podają wino na samym dnie kieliszka w jakimkolwiek miejscu poza super drogą, luksusową restauracją gourmet. Poza tym, umówmy się, wino, które sprzedają w tych wszystkich knajpach/barach/pubach nie jest nawet wystarczająco dobre, aby je przełknąć, a co dopiero żeby się nim delektować podziwiając jego rubinowy ton i aksamit konsystencji. Ludzie publicznie dłubiący w nosie. Ćmy.

Gdy wychodzę z domu odsztafirowana a tu okazuję się, że jest za gorąco/za zimno/zbyt wietrznie. Błyszczyk, który przykleja mi włosy do ust. Zeschnięte słodkie bułki. Zapach smażących się ryb. Zapach surowych ryb. Topniejący śnieg zmieszany z miejskim błociskiem. Hity w auto-tune. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego i wiedzące o tym. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego i udające, że tego nie wiedzą.

Owłosienie ciała. Zbyt ciasna bielizna. Zbyt mocne pasty do zębów. Gdy fryzjer ścina mi włosy krócej, niż to ustalono. Gdy nie mogę znaleźć dżinsów, które jednocześnie byłyby wygodne i ładne. Moje za krótkie rzęsy. Mój za długi język. Mój kozi upór. Kozi upór reszty populacji. Kiedy ktoś opowiada historie i ociąga się z przejściem do puenty. Gdy oglądam wiadomości finansowe Bloomberga i nie rozumiem z nich nic a nic.

Okrucieństwo. Samotność. To że już porysowałam sobie obrączkę na mojej znienawidzonej siłowni. Że wciąż zapominam o rzeczach typu „zdejmij obrączkę przed siłownią”. Miejsca, gdzie brakuje kontaktów (do prądu, nie ludzi). Wszelakie wschodnioeuropejskie dworce kolejowe. Miejsca, gdzie nie honorują kart płatniczych. Produkty drogie tylko ze względu na ich „design” i „look”. Gadać przez telefon. Być w miejscu pełnym ludzi, nie znając tam nikogo.

Gdy nie mogę zasnąć. Gdy moje włosy są przesuszone. Gdy mam mieszkanie pełne kociej sierści. Gdy moje koty korzystają z kuwety tylko i wyłączne wtedy, gdy jest świeżo wyczyszczona i/lub dopiero co przeniesiona z balkonu do salonu. Gdy wstaję, idę do kuchni i zdaję sobie sprawę, że wczoraj skończyło się mleko. Gdy rodzice krzyczą i szarpią swoje dzieci. Gdy dzieci krzyczą i szarpią wszystko dookoła. Muzyka Jazz.

Filmy o super-bohaterach. Filmy o Drugiej Wojnie Światowej. Bilety do kina z nienumerowanymi miejscami (tym bardziej gdy sprzedadzą ich za dużo). Gdy ktoś otwiera nową butelkę kosmetyku, nie wyrzuciwszy starej. Gdy próbuję wyciągnąć mikro-kawałeczek skorupki jajka z patelni podczas smażenia jajecznicy. Gdy nie ma gdzie wyrzucić zużytej gumy do żucia. Gdy ktoś z rodziny Kardashianów używa terminu „praca” lub „kariera” w odniesieniu do którejkolwiek ze swoich „działalności”. Zajęcia, na których bardziej liczy się „obecność”, niż wiedza.

anger-1950s-spoof

Gdy nie wiem, jak zakończyć artykuł.

No to dajesz, Twoja kolej.

5 Comments

Filed under Uncategorized