Wredna suka na botoksie

tumblr_lvw8zzcPRn1qbi1f7o1_500Mieszkanie w Polsce (ciałem lub duchem) ma swoje zalety. Przewrotność naszej kultury sprawia, że my, przaśni przedstawiciele środkowoeuropejskich ziem często nużymy się zachodnią tendencją do ciągłego samodoskonalenia, rozwoju, zen i wszechogarniającego ideału. Mimo, że w XXI wieku nawet przyznając się do wad, musimy je przeformatować na zalety. Świat, i mówiąc świat mam na myśli Amerykę, rysuje naszą rzeczywistość jedynie w odcieniach różu. Lepszą, szybszą, silniejszą. Chudszą, seksowniejszą i bielszą. A zatem jedno-wymiarową.

A może by tak zostawić wady, braki, i inne aberracje w spokoju? Nie przekłamywać naddatków w kilogramach czy ubytków w zębach? Zamiast udawać, że nie jest wadą co nią jest, po prostu przyjąć ja na klatę z całym bogactwem inwentarza? Niech złe, brzydkie, kostropate pozostanie złe, brzydkie, kostropate i niech się tak nazywa. Siarczyście i na pełnej ku*wie.

Amerykanie są mistrzami przekłamywania rzeczywistości. Nikt tam nie jest głupi, tylko educationally-challenged, nikt nie jest gruby, tylko plus-size. Wszystko ma być ładniutkie, milutkie i w dotyku gładziutkie. Przyjemne, bezsmakowe, beztłuszczowe i politycznie poprawne. A ja jestem za bezczelnością. Bo przecież maskując i uładzając problemy w konsekwencji unikamy ich rozwiązania. Owa tendencja dezynfekowania, prasowania i polerowania języka ma przecież dalej idące konsekwencje. Poza sprawami powierzchownymi jak jędrny pośladek i sexy imidż chodzi też o porażki. O to jak umiemy z nich wyciągnąć lekcje na przyszłość i rozwijać sie jako ludzie. Zobaczyć jak fajnie jest przewracać się i podnosić zamiast wegetować w ascezie.

33137ded92b60b003c6f41fe982dfc6fA w dzisiejszym świecie wszyscy wygrywają, nikt nie przegrywa. Dzieci dostają medale, dyplomy i korony jak tylko samodzielne podetrą sobie nos. Czy to jest aby na pewno rozwojowe? Przecież uczymy się często przez potknięcia. Nie jest to możliwe, jeśli będziemy udawać, że potknięcie było zaplanowane i godne podium. W życiu uczymy się dbać często właśnie przez niedbalstwo. Widząc jego konsekwencje. Pić z umiarem nauczy nas kac morderca, a zdrowego odżywiania oponka wylewająca się z opiętych gaci.

Konsekwencje naszych złych decyzji zmieniają nasze życie na gorsze i lepsze, ale co najważniejsze, kształtują nas i dodają nam charakteru. Plus, jak wszyscy wiemy, złe decyzje rodzą dobre historie. Nieważne, jak kiczowato to brzmi, życie to zbiór opowiadań. Lepszych i gorszych, fascynujących ale i tych nudnych jak flaki z olejem. To od nas zależy, które będą przeważać.

Dlaczego więc zamykamy się w klatce nierealistycznych wymagań? Wypaczamy obraz nas samych i naszego sposobu życia? Zapominamy, że niedoskonałość jest formą wolności. Nie doceniamy słabości i upadku, zapominamy jak bardzo mogą nas wzbogacić. Tak bardzo staramy tak być uprzejmi i profesjonalni i modni, aż stajemy się wyprani z osobowości. I coraz bardziej podobni do siebie nawzajem.

Kiedy myślę o doskonałości wyobrażam ją sobie oczywiście jako kobietę. Kobiety mają historię zmuszania się do zaprogramowanych form życia, myślenia i dygania nóżką o wiele dłuższą niż mężczyźni. Tak więc w konsekwencji, często wymagają tego bardziej od siebie samych i wszystkich wokół. Chłopcy i mężczyźni mogą żyć swobodniej, być kim są, a nie kim „należy”, mają prawo trzasnąć pięścią w stół. Uchlać się, wdać w bójkę, a następnego dnia powstać i powrócić w chwale. I, co najważniejsze bez zżerającego ich wstydu. Poczucia winy w stylu „przepraszam, że żyję”.

wonder-woman-786x1024Doskonałość jest więc kobietą. Nienagannie ubraną. Surową, zdyscyplinowaną, opanowaną. Elegancką, ale samotną. Zimną i pustą w środku. Z drogim makijażem na twarzy i luksusową torebką na ramieniu. Ale założę się, że gdy nikt nie patrzy popija o jedno Chardonnay za dużo. A może nawet trochę popłakuje. Potem szybko ociera łzy, pudruje nosek i nigdy sobie nie wybacza. Ani nam. Dlatego musimy nauczyć się czasem wybaczyć sobie sami. Nie nawołuję tu do kompletnej moralnej anarchii, tylko właśnie do dawania sobie prawa do słabości. Świadomie i bez udawania.

Bo jeśli niedoskonałość to wolność, doskonałość to wredna suka na botoksie.

Advertisements

1 Comment

Filed under Uncategorized

#JEDZJABŁKA

szarlotka-bezglutenowa-z-platkami-owsianymi-provena-l7Mamy takie wyjątkowe szczęście, że nie musimy z szabelką rzucać się na barykady, żeby ojczyznę wspomóc. Dzięki Polsko, zamiast Sorry Polsko. Nie dla nas takie dylematy. Współczesny patriotyzm może odbywać się na niedzielnym shoppingu w supermarkecie.

Co więcej, w erze mediów społecznościowych w rozgrywki polityczne mogą się zaangażować nawet mało upolitycznione warstwy społeczne i odporne na politykę hipsterskie jednostki. Wszystkie i wszyscy. Imprezowiczki, alkoholiczki, gospodynie domowe, kucharki szkolne, matki, babki, ciotki, nastolatki, liczące grosz studentki, i inne kobiety kraju kwitnącej jabłoni. Imprezowicze, alkoholicy, gospodarze domowi, kucharze szkolni, ojcowie, dziadki, wujkowie, nastolatki, liczący grosz studenci i inni mężczyźni kraju kwitnącej jabłoni. JEDZCIE JABŁKA.

Po pierwsze, cudze chwalimy swego nie znamy. Zamiast napychać się egzotyką z importu, wspomóżmy produkt lokalny. Nasze swojskie, polskie jabłka są bogate w antyoksydanty, wybielają zęby, zmniejszają ryzyko zachorowań na Parkinsona, Alzheimera i wszelkie nowotwory. A co najważniejsze, wku*wiają Putina.

Wiem, że wielu z Was wszelkie narodowe aktywizacje, do czynu mobilizacje i inne tego typu akcje kojarzą się z poprzednią epoką. A ta, nie ukrywajmy, nie była zbytnio cool. Ale tym razem jest inaczej. Wszystko odbywa sie pod patronatem zachodniego Twittera i pod godłem kapitalistycznego hasz-taga. – #JEDZJABLKA. Jak w wielu akcjach internetowych, chodzi o pieniądze. Ale tym razem o te o nasze, polskie, ciężko ciułane i na bezdechu gospodarowane.

Rosja wprowadziła embargo na polskie jabłka. W tym momencie musicie ogarnąć istotny fakt – Polska jest jednym z największych wytwórców i eksporterów jabłek na świecie (!). A głównym naszych jabłek odbiorcą jest stara Mateczka Rassija. A że ta odmawia konsumpcji, sami będziemy musieli te jabłkowe tony jakoś przeżreć (i co lubimy jeszcze bardziej – przepić).

rozlew6Stąd akcja-mobilizacja. Kupujmy polskie jabłka. Po prostu. Na lancz i na deser. Montujmy szarlotki i jabłeczniki. Ostrzmy sobie zęby na jabłuszkowych ogryzkach. Koniecznie ze skórką, bo ta, niczym polskie dziewczyny, ma najwięcej witaminy. Prażmy słodkie jabłkowe konfitury (idealne do drobiu i białego sera). Krójmy drobno do sałatek owocowych. Siekajmy w talarki i wypiekajmy na dietetyczne chipsy (w międzyczasie ćwicząc turbo-spalanie z Chodakowską).

No i oczywiście zapijajmy polskim cydrem. Pysznym, orzeźwiającym i przede wszystkim oferowanym przez naszych, lokalnych producentów. Akurat dobrze się składa, bo od niedawna picie cydru to największy lans. A teraz dodatkowo manifest polityczno-społeczny! Według rankingu Gazety.pl na polskim rynku możemy wybierać z 42 różnych marek. Te najbardziej godne polecenia to cydry rzemieślnicze, jak na przykład Cydr Ignaców. Od większych producentów, najlepszy okazał się Cydr Polski Rumiany wytwórni TiM. Warto skosztować też Cydru Kwaśne Jabłko i Cydru Lodowego. Uważać należy na Cydr 7 Sadów, Cydr Kamron oraz Cydr Desire, są one bowiem pełne konserwantów i sztucznych dodatków.

Oczywiście w celu uniknięcia kaca mordercy, możemy wybrać cydr bezalkoholowy, który z łatwością przyrządzimy sami we własnym domu (przepisy na Google). A jeśli alkoholowy amok nie jest nam straszny – to na rano klasyka gatunku – soczek jabłkowy. Bądź orzeźwiający napój jabłko-mięta. A na weekendowy wieczór polecamy wysoce patriotyczny drink żubrówka + sok jabłkowy. Kto powiedział, że nie można wspierać Ojczyzny w klubie, wywijając biodrem do nowego hitu Rihanny?

71Dla tych, którzy owoców ani owoco-pochodnych produktów do ust nie biorą, pozostaję patriotyczny design jabłkowy – jeż mięsny już był, teraz czas zmontować jeża jabłkowego! A dla liberałów dostępna wariacja palenia zioła przez jabłko. Dwa manifesty w jednym!

Także ten, #JEDZJABŁKA. A Putin z rozpaczy – niech się raczy ruską wódką (która według Hugh Lauriego, czyli Dr House, nadaje się jedynie do czyszczenia piekarnika) i zagryza burakiem.

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Chłop gotujący (i pierogi lepiący)

tn_20131114-MGG_4433Taki chłop w domu to skarb na wagę złota. A jak się okazuje, nie tylko tam. Chłop gotujący poza domem jest czymś jeszcze więcej – przepisem na nowatorską i samodzielną karierę. Jak mówi Michał Piosik, szef kuchni i właściciel odnoszącego ogromne sukcesy Polish Your Cooking, na umiejętności lepienia pierogów można zbudować dochodowy i, co najważniejsze, przyjemny biznes.

Polish Your Cooking to warsztaty gotowania – jak sama nazwa wskazuje są to warsztaty gotowania polskich dań i również jak nazwa wskazuje prowadzone w języku angielskim (w przypadku polskich uczestników oczywiście po polsku). Zajęcia skierowane są przede wszystkim, ale nie tylko, do obcokrajowców odwiedzających Polskę. W szczególności do tych znużonych snuciem się po muzeach, poszukujących kreatywnego sposobu poznania naszej kultury oraz tych, którym znudziły się sztampowe imprezy w bezosobowej atmosferze klubów nocnych. Polish Your Cooking  to 4-5 godzin wspólnego pichcenia i kosztowania rezultatów pracy oraz rodzimych trunków. Ten przepis się sprawdza, Polish Your Cooking zajmuje już 3 miejscu wśród turystycznych atrakcji Warszawy na największym światowym portalu turystycznym TripAdvisor.

Dlaczego po angielsku i dlaczego akurat rodzime dania? – Kiedy zaczynałem, w Warszawie było już parę kursów kulinarnych. Żadne z nich nie są jednak prowadzone po angielsku i niewiele oferuje kuchnię polską. A że rodzima kuchnia jest moją najmocniejszą (choć nie jedyną) kulinarną stroną, była naturalnym wyborem na pierwsze zajęcia. Dlaczego turyści? Przyjmowanie gości z zagranicy jest dużo fajniejsze, bo wszystko ich interesuje, chcą się jak najwięcej dowiedzieć o naszej kulturze i są bardzo pozytywni. Polacy są z naszą kuchnia za pan brat i temat nie jest dla nich aż tak fascynujący, ale też się sporo uczą –  zwłaszcza historia kulinariów i kuchenne tips&tricks są dla nich sporym zaskoczeniem.

Klienci Polish Your Cooking pochodzą  głównie z Wielkiej Brytanii, USA, Niemiec, Izraela, Skandynawii i Francji. -Tutaj nie mogę być skromny: na TripAdvisorze mam „perfect score”! Większość osób mówi mi, że moje warsztaty to genialna rozrywka i ich najświetniejszy punkt wizyty w naszym kraju. A, i moi klienci kochają polskie potrawy i nalewki, zajadają się do oporu i jeszcze zabierają na wynos. Zazwyczaj mówią, że są dużo lepsze niż w knajpach, zaś po ich minach widzę, że nie jest to zwykła uprzejmość.

22_kissthecook_lglCo jest niezbędnym składnikiem sukcesu? – Jakość, jakość, jakość. Sam robię zakupy na lokalnym ryneczku, czuwam na każdym etapie przygotowania i przeprowadzam zajęcia z najwyższą troską o gości. Choć może jest to pokłosiem tego, że nie potrafię delegować zadań? Bardzo dbam o to, żeby goście byli dopieszczeni jeszcze zanim pojawią się na zajęciach (proponuję pomoc w poruszaniu się po Warszawie, polecam inne atrakcje), w trakcie zajęć (odwiedzający są zawsze najedzeni i napojeni) i po nich (zbieram rzetelny feeback). Bardzo pomocni okazali się moi znajomi i rodzina, którym zorganizowałem zajęcia pokazowe – wytknęli mi wszystkie niedociągnięcia i dzięki temu mogłem udoskonalić formułę warsztatów.

Ale taki sukces od czegoś trzeba było zacząć. Michał gotować nauczył się od mamy, która, jak sam mówi, gotuje bardzo smacznie, a przy tym jest nieocenioną skarbnicą tradycyjnych polskich przepisów. Szef Polish Your Cooking już we wczesnym dzieciństwie lubił pomagać w kuchni i dzięki temu poznawał tajniki domowego kucharzenia. Pasję kontynuował w trakcie studiów, jednak wtedy nie myślał jeszcze, że gotowanie można przekuć w dochodowy zawód. – Branża gastronomiczna jest przecież bardzo ciężka i pracochłonna, kariera od pomocnika kuchennego do Szefa porządnej restauracji zajmuje kilka, kilkanaście lat.

Zanim przywdział fartuch z charakterystycznym wąsatym logo Polish Your Cooking ukończył International Economics i Finance and Accounting w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Przez trzy lata pracował w bankowości i konsultingu (Citibank i BCG). Jak mówi, praca ciekawa, ale relacje międzyludzkie strasznie płytkie. – To będzie smutna nuta, korpo wyciska człowieka jak cytrynę, możliwości rozwoju wszystkich talentów (lub jakichkolwiek talentów) są znikome. Płaci się człowiekowi tylko tyle żeby się nie zwolnił, a człowiek pracuje tylko tyle, żeby nie został zwolniony (jest to ekonomicznie usprawiedliwione, ale nierozwijające dla żadnej ze stron). Mimo to, sporo tam się nauczyłem i było to nieodzowne doświadczenie dla mojej dzisiejszej działalności.

A zatem, jak to tak, z korpoświata do gotowania? Często wiele zależy od przypadku. Michał zawsze lubił poznawać nowych ludzi, szczególnie z obcych kultur. Aż pewnego dnia, będąc wraz z żoną na miesiącu miodowym w Maroku zwrócił uwagę na ciekawą atrakcję turystyczną – warsztaty kuchni lokalnej w Marrakeszu. Od razu się zapisali. Już wtedy nosił się z zamiarem rzucenia pracy, ale kiedy przekroczył próg zajęć doznał ostatecznego oświecenia: to jest to co chcę robić! – Poznawać ciekawych ludzi z zagranicy, gotować z nimi i zarabiać na tym – praca marzeń!

jobAle od marzeń do realizacji jest jeszcze daleka droga. Zwłaszcza, że w Polsce podobno trudno założyć własny, a do tego nowatorski biznes. – Mówią tak tylko ci, którzy nigdy nie próbowali – ripostuje Michał – Firmę założyłem w kilka minut przez Internet. Potem zaniosłem jeden papier do urzędu. Tyle. Do tego wystarałem się dofinansowanie z urzędu pracy, które pomogło mi wystartować. Dofinansowanie wymagało sporo wysiłku, ale własny biznes nie jest dla leniwych. Ja jestem strasznie leniwym i niezorganizowanym człowiekiem, staczam z tym batalię codziennie. Ale świadomość, że biznes jest mój, reprezentuje mnie i tworzy moja markę motywuje bardziej niż strach przed najgroźniejszym szefem.

Przeszkody w popularyzacji własnego biznesu wśród nowego pokolenia Polaków są dwie: władze nie promują przedsiębiorczości wśród młodych (jest to ekonomicznie uzasadnione, przecież przedsiębiorcy płacą dużo mniej podatków niż tzw. etatowcy). A młodzi rzadko wykazują inicjatywę i często nie potrafią odnaleźć niezbędnych informacji gubiąc się w zawiłościach biurokratycznych i w rezultacie nie zdają sobie sprawy jak łatwo jest założyć i prowadzić własną firmę. Warto wspomnieć, że istnieje sporo ludzi i organizacji pozarządowych, które w tym pomagają (np. centra przedsiębiorczości, inkubatory, aniołowie biznesu, itd.). Po drugie, rodzice mówią dzieciom: musisz znaleźć dobrą, stabilną pracę! W zglobalizowanym świecie to nie działa. Nie ma już czegoś takiego jak przepracowanie w jednej firmie całego życia – czasem wyrzuca się z banku cały dział, tylko dlatego, że ich pracę taniej można wykonać w innej lokalizacji geograficznej.

Poza tym, nikt młodym nie mówi, że na własną rękę mogą osiągnąć znacznie więcej niż w korporacji, bo wszystko co zarobią idzie do ich kieszeni i zależy od ich starania, a nie od centrali gdzieś w Tokio czy w Nowym Jorku. Mówi się jedynie o drugiej stronie medalu, czyli, o tym, że wszystko co stracą muszą spłacić sami. Oczywiście własna działalność to gra o sporym ryzyku, ale gra warta jest świeczki. – Moje słowa dla młodych, którzy się wahają czy wejść we własny biznes: spróbujcie. Jesteście młodzi po to, żeby popełniać błędy. Jak będziecie mieli dwójkę dzieci i kredyt, na pewno nie zaryzykujecie otwarcia własnej firmy. Róbcie rzeczy, których się boicie, bo jak nie spróbujecie, to przegracie na pewno, a jak dacie sobie szanse, prawdopodobieństwo powodzenia jest całkiem spore. A kiedy się już zdecydujecie, dajcie z siebie wszystko i się nie poddawajcie! Uczcie się dużo i od mądrzejszych od siebie i nie wmawiajcie sobie, że nie dacie rady, czy, że jesteście gorsi. Największe głąby świata są milionerami, tylko dlatego, że się nie boją.

polish-your-cookingAby doprowadzić Polish Your Cooking do obecnego poziomu nieoceniona była też pomoc i bliskich. Wiara rodziny w to co robimy nie jest niezbędna, niektórzy z nas działają przecież lepiej „na przekór”, ale na pewno potrafi dodać skrzydeł młodym przedsiębiorcom. – Zawdzięczam dużo przede wszystkim żonie, bez niej nic bym nie zrobił, bo mnie motywuje i wspiera na każdym kroku. Rozwiewa moje wątpliwości w biznesowych zagwozdkach i jest niesamowicie mądra. Teściowie są bardzo pomocni w kulinarnych i technicznych aspektach działalności.  Moi rodzice z początku nie wierzyli w to, że ich syn po takich studiach i z doświadczeniem rzuca wszystko i idzie lepić pierogi (w końcu sporo w tę moją naukę zainwestowali), ale szybko się przekonali do tego, że w życiu można robić to co się kocha i na tym zarabiać.

A kolejne wyzwania? Czego możemy się spodziewać po Polish Your Cooking w przyszłości? Wiadomo przecież, że musi być ruch w interesie, a w tym własnym tym bardziej nie wolno osiadać na laurach. – Powoli wprowadzam nowe scenariusze. Zorganizowałem z powodzeniem parę eventów team-buildingowych dla korporacji, wieczory panieńskie/kawalerskie, jeżdżę z zajęciami nawet za granicę. Otwieram też nowe kuchnie. Moim marzeniem jest stworzenie fundacji zdrowego żywienia, która będzie promować naturalne produkty i tradycyjną polską kuchnię, która powoli, w zgiełku wielkich miast odchodzi w zapomnienie. A ja nie wyobrażam sobie Polski bez prawdziwych PIEROGÓW!

Na zakończenie ostatnia i zarazem najważniejsza rada dla początkujących przedsiębiorców: – Nie słuchajcie hejterów! Konstruktywna krytyka i rzetelny feedback są nieocenione, bo pomagają nam rozwijać biznes, ale trzeba oddzielić ziarno od plew i olać tych, którzy mówią że nie damy rady, albo że to się na pewno nie uda. To im się nie uda, bo narzekaniem nikt jeszcze niczego nie zbudował.

haters_gonna_hate_by_frostyslash-d5ax9zl —–>  polub Polish Your Cooking na Facebooku  <—–
—–>  
zapisz się na lepienie, zagryzanie i zapijanie pierogów z Polish Your Cooking  <—–

 

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Daj pan na studia

booksgirlInternet to nie tylko plotki na pudelku, czatowanie o tzw. “dupie Maryni” czy łamanie prawa autorskiego ściąganiem nowego sezonu True Detective. Internet to nie tylko wyszukiwanie gratki wakacyjnej na Grouponie, mailowanie z szefem o niedokończonym projekcie, czy zakupowy szał na Allegro. Można się tam, w tym naszym Internecie, także pokusić o dokonania bardziej ambitne niż obrzucanie błotem komentatorów forum Onetu, czy też wielogodzinne wgapianie się w filmiki o kocich perypetiach.

A czego takiego wielkiego można w Internecie dokonać? Na przykład zebrać pieniądze na wyższą edukację. Tak jak Małgorzata Judkiewicz, absolwentka lingwistyki i prawa, która postanowiła poprosić społeczność internetową o współfinansowanie jej wymarzonych studiów w Genewie.

Małgosia ukończyła Prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W tym roku dostała się na prestiżowe studia poświęcone rozwiązywaniu sporów międzynarodowych w Genewie, na które przyjmowanych jest ok. 40 osób rocznie. Jak mówi, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości, jakie te studia oferują. Prestiżowy kierunek, wybitna kadra, dostęp do elitarnych staży i praktyk, a także pobyt w samej Genewie, mieście prawa i pokoju, to bez wątpienia ogromny awans na ścieżce kariery.  Chcesz pomóc? -> Kampania Małgosi.

Małgosia jest jedną z nielicznych przyjętych na uczelnie, co już samo w sobie jest ogromnym sukcesem. Niestety każdy sukces okupiony jest trudnościami – Uniwersytet Genewski, a właściwie fundacja z nim współpracująca nie przyznała jej stypendium. Małgosia podjęła wszelkie kroki, aby samodzielnie znaleźć pieniądze na czesne (25 000 CHF) oraz na 10-miesięczny pobyt w Genewie (ok. 15 000 CHF), która jest oczywiście bardzo drogim miastem. Do Szwajcarii ciężko się przenieść dysponując polskimi możliwościami finansowymi. Co gorsza, w naszym kraju nie ma łatwo dostępnych kredytów edukacyjnych, jak np. w Stanach Zjednoczonych. Pisała do wielu fundacji, polskich i zagranicznych, jednak bez pozytywnych rezultatów. Udało jej się pożyczyć jedną czwartą sumy od najbliższych, na czym jej możliwości się skończyły. Stąd pomysł na Crowdfunding, gdzie dzięki małym kwotom od wielu osób można uzbierać wysokie sumy.

177474036-620x350Z czym to się je? Crowdfunding jest formą finansowania wszelkich projektów przez dużą liczbę drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez osoby z tak zwanej “sieci”. Mogą to być znajomi, znajomi znajomych bądź ludzie zupełnie obcy, ale życzliwi. Zbiórki są zazwyczaj prowadzone na stworzonych w tym celu platformach internetowych. Skąd taki pomysł?

Potrzeba jest matką wynalazku, a brak funduszy skonfrontowany z chęcią tworzenia jest często ogniwem przedsiębiorczości i kreatywnych rozwiązań. Dlatego też Crowdfunding zawdzięczamy właśnie artystom. Pierwsza platforma crowdfundingowa w historii to ArtistShare, stworzona pod hasłem “pierwsza internetowa platforma umożliwiająca finansowanie artystów przez fanów”. Polega to dokładnie na tym –  fani według własnego uznania i dobrowolnie wspomagają finansowo artystów, aby móc cieszyć się ich muzyką, występem czy wręcz całą trasą koncertową.

Dziś istnieje wiele mniejszych i większych platform finansowania społecznościowego (crowd – tłum, funding – finansowanie) i są przeznaczone nie tylko dla artystów. Powstają projekty edukacyjne, charytatywne, technologiczne czy osobiste, tak jak na przykład – spłata długu. Zgodnie z opiniami specjalistów godne polecenia platformy crowdfundingowe to Kickstarter, Indiegogo, RocketHub, Peerbackers, czy wybrany przez Małgosię FundRazr.

4-Crowdfunding-Rocio-LaraJeśli chodzi o historię inicjatywy finansowania społecznościowego, największy crowdfundingowy sukces w historii to niewątpliwie gra Star Citizen. Projekt już zebrał ponad 48 milionów dolarów, o wiele więcej niż prognozowane pół miliona, a zbiórka nadal trwa. Oczywiście zdarzają się również porażki, jak na przykład zebranie nieco poniżej 13 milionów dolarów, z planowanych 32. Ale jakby na to nie patrzeć, 12 milionów dolarów to zawsze co nieco więcej niż tych dolarów zero… Zwłaszcza, że Crowdfunding nie wymaga nakładów finansowych. Pamiętajmy jednak, że te najgłośniejsze kampanie crowdfundingowe założone zostały przez gigantów technologicznych. Ale szanse na sukces zwykłego Kowalskiego udowadnia historia Zosi Mamet, gwiazdy serialu GIRLS i córki znanego dramaturga i producenta Davida Mameta, której projekt crowdfundingowy spotkał się z oburzeniem internautów. Ludzie nie chcą dawać dotacji znanym i bogatym. Chętniej pomogą mniej znanym, a bardziej potrzebującym. Tym bardziej, że ci proszą o mniejsze sumy. A zatem, jeśli jesteśmy mniej znani, a bardziej potrzebujący, jak się za Crownfunding zabrać?

Jak mówi Małgosia, rozpoczęcie kampanii jest banalnie proste. Sama wybrała stronę Fundrazr, bo ma ona międzynarodowy zasięg, niezbyt wysokie opłaty pobierane od darowanych kwot (każda platforma jakoś musi na siebie zarabiać) oraz możliwość wyboru waluty – franków szwajcarskich. Techniczne aspekty tworzenia projektu są intuicyjne i nie sprawiają problemów, przypominają każdą inną platformę mediów społecznościowych – rejestracja konta, personifikacja profilu i tak dalej. Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie filmiku, który jest wręcz konieczny do przygotowania efektywnej kampanii (przyznajmy, w XXI wieku wolimy oglądać, niż czytać). Ważne by zaoferować swoim ofiarodawcom tzw. perks, na przykład egzemplarz wydanej płyty, książki czy usługę w której się specjalizujemy. W końcu w crowdfundingu jak w życiu, “coś za coś”.
Tutaj możesz wspomóc Małgosię -> Kampania Małgosi.

360_lcrowd_0915Najcięższa praca zaczyna się po opublikowaniu projektu. Należy dotrzeć do jak największej liczby osób i prosić je, żeby one podawały informacje dalej. Tzw. efekt kuli śnieżnej. Małgosi bardzo pomogli znajomi na Facebooku – pierwszego dnia Fundrazr odnotował, że jej strona została „podana dalej” ponad 100 razy. W kolejnych etapach chce umieścić kampanii na profilu LinkedIn, a także rozesłać ją mailowo do różnych osób czy organizacji, które mogłyby pomóc. Nie da się przewidzieć, jaki będzie jej dalszy bieg, ale można powiedzieć, że taki jest urok crowdfundingu. Kto nie ryzykuje ten nie wygrywa, a w tym przypadku kto nie linkuje, ten nie crowdfundinguje.

Czy w Polsce taki pomysł się przyjmie? Sceptycy mogą obawiać się małego zaufania społecznego rodaków do tego typu wynalazków. Zwłaszcza, że wiemy, że filozofia “daj pan na bułkę” często pachnie wódką. Ale nadzieja leży w internautach. Internet w Polsce cieszy się dużym zaufaniem, wręcz większym niż w wielu państwach Europy Zachodniej. Ważne, żeby obok zaufania pojawiła się też umiejętność jego produktywnego i kreatywnego wykorzystania, a także wspierania tych, którzy już to potrafią.

Internet to potężne narzędzie. Oderwijmy czasem błędny wzrok od plotek i fotek Kim Kardashian, a zdamy sobie sprawę na jak wiele sposobów możemy wykorzystać jego magiczne moce do własnego rozwoju zawodowego czy edukacyjnego. Albo żeby, zamiast klikać kolejne bezsensowne lajki, dorzucić swoją cegiełkę i faktycznie komuś pomóc.

Oczywiście, nie zapominając o tym, że po tym jak stworzymy nasz własny projekt finansowania społecznościowego lub też trafimy na taki, w który chcemy się zaangażować, warto wrzucić jego link na naszego Fejsbuka.

*

Chcesz pomóc? Śmiało! -> Kampania Małgosi 
W zamian Małgosia przyśle Ci fotkę z Genewy, udzieli porady prawnej lub tłumaczeniowej! 

crowdfunding-1 

1 Comment

Filed under Uncategorized

Syndrom emigranta

suitcase-300x300Życie na emigranckim wygnaniu to nie małe piwo. Ani bułka z masłem. To bardziej sucha buła, albo piwo nagrzane. Z tym, że nie grzane, tylko takie wymacane, skapcaniałe z którego gaz uszedł, uleciał w siną dal. Na pewno nie jest to piwo tanie i jestem w pełni świadoma, że to zdanie brzmi niczym bluźnierstwo w mych ustach. W uprzywilejowanych ustach osoby z paszportem z obszaru cywilizowanego, a nawet dość komfortowego (Zachód przecież tuż, tuż za rogiem). Wiem, że w temacie tego komfortu prawdziwi Polacy pewnie i tak zaraz zaczną zrzędzić.

No ale ja nie o tym. Bardziej o tym, JAK być Polakiem za granicą. Nie tak tylko na chwilę, last minute, urlopowo wśród turystów z Niemiec i Rosji (którzy to, jak powszechnie wiadomo, się wszędzie panoszą). Ale tak na stałe, always and forever, z Meldunkiem, czynszem w € – Euro [jʊroʊ], czy też, nie daj boże, £ –Pounds [paʊnds] oraz z sąsiadami, których nawet podsłuchać nie można, bo nie wiadomo po jakiemu się kłócą. Jak być tym Polakiem (najlepiej nie-cebulakiem), co sezon dzierżąc w dłoni wymiętolone bilety z Ryanaira (bez poczęstunku), wydrukowane na 24 h przed odlotem (również w siną dal), sadowiąc się na uwierających w tyłek fotelach, które to ów tyłek od święta – na święta – transportują w strony rodzinne pachnące pierogiem, tudzież mazurkiem. I jak w tak zwanym międzyczasie żyć? Bo przecież żyć jakoś trzeba.

imagesW temacie emigracji/imigracji wieku XXI wiemy, że niektórzy z nas do swej zagranicznej lokacji, lokalizacji przybyli wspomnianym Ryanairem, a nie zaś rozklekotaną i rozepchaną nadmiarem zdesperowanych ludzi łódeczką. Ale o dziwo, życie bywa czasem na tyle sprawiedliwe, że nie zważając na zawartość naszych kieszeni czy pretensje jakie żywimy wszem i wobec do świata skazuje nas wszystkich na podobne migranckie dylematy, rozterki i (d***) bóle.

Nostalgia i nos usmarkany tęsknotą za domem są dla emigranta większą gwarancją niż śmierć, podatki i odsetki rat kredytu. Ale lista objawów syndromu emigranta jest dłuższa, szersza i jeszcze bardziej bezlitosna.

Grozi nam na przykład uzależnienie do porannej/wieczornej lektury Pudelka. Szybko zwięźle i na temat i już wiesz co się dzieje w (pół)światku ojczyźnianych celebrytów i bliżej nieznanych Ci towarzyszących im osób. A jeszcze bliżej matki ojczyzny i polskości jako takiej jest ci po zatopieniu się w lekturę hejtujących pudelkowych komentantorów. Jakże błogo jest wśród swoich.

Zespół łzawego oka przy oglądaniu programu dokumentalnego o Puszczy Białowieskiej, żubrach i pierwotnych lasach, po których owe żubry hasają (czy żubry w puszczy hasają? czy tylko występują?). W czasach szkolnych powieka nawet nie zadrżała nad losem żubra (no chyba, że nad puszką), a teraz proszę, szloch w pełni patriotyczny.

summer+school+monikaPokrewne objawy to niekontrolowany szloch (też patriotyczny) nad twarogiem zakupionym w rosyjskim spożywczaku, wieczorne mazanie się przy hitach Varius Manx i smętny video chat z koleżanką – rodaczką – wypełniony rzewnym wspominaniem chwil spędzonych niegdyś wspólnie w kraju nad Wisłą.

Stan niekontrolowanej euforii w reakcji na publikowane przez fejsbukowiczow osiadłych w ojczyźnie fotki jesienne. Jesień polskich lasów, parków, a nawet ulic nagle jawi się jako piękna, nie zaś zapaćkana czy dołująca. Ten objaw ma szanse występowania jedynie w przypadku gdy a) od dłuższego czasu nie przebywamy w Polsce b) nie ma akurat jesieni c) umieramy na tropikalną gorączkę. Objaw ma też edycje zimową.

Kompulsywne próby przyrządzania polskich potraw z dostępnych na obczyźnie polsko-podobnych składników. Następnie równie kompulsywna publikacja fotek dokumentujących owe kulinarne dokonania. Trzeba było babci uważniej słuchać, to może byłoby się czym chwalić… Dobrze, że możliwość przeróbki fotek jest w obecnych czasach globalizacji i zakłamania mediów dostępna także nam, Kowalskim na wygnaniu.

2bfb338414_i_love_polandNerwica natręctw polegająca na powtarzaniu frazy – „bo w Polsce to…”, „in Poland, we say…”, „en polaco se dice…” i tym podobnych.

Omamy, halucynacje i tym podobne złudzenia idealizujące kraj, miasto, wieś pochodzenia oraz kulturę narodową.

Ubytki w pamięci prowokujące błędy językowe. Przystanku? Przystanka? Podkoszulka? Podkoszulek? Dokładnie! Masakra! Relacja? Prokrastynacja? Jak to się po polsku nazywa? Byznes, mityng, lancz? Taka sytuacja.

Obsesyjne poszukiwania polskich dzieł kinematografii dostępnych online, najlepiej z podpisami ENG aby spełnić się w równie obsesyjnej potrzebie krzewienia kultury przodków wśród niczego nieświadomych i skonfundowanych (patrz punkt wyżej) przedstawicieli kultury lokalnej.

Niekontrolowany odruch zakupu koszulki z nadrukiem Made in Poland i ręcznie robionej bombki choinkowej na międzynarodowym targu świątecznym w mieście naszego wygnańczego pobytu.

Polaków portret wlasnyA także, marzenia senne o tematyce ogólnopolskiej, sentyment do bocianów, niepohamowana potrzeba nabywania polskich produktów dostępnych na lokalnym rynku, bądź stany depresyjne w wypadku braku ich występowania.

Wszelkie objawy syndromu emigranta, a także skutki uboczne metod jego zaleczania środkami dostępnymi na miejscu ustępują nie dłużej niż w ciągu kilka tygodniu po powrocie do kraju.

W przeciwnym wypadku skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

12 Comments

Filed under Uncategorized

Życie bez domu

World_Refugee_Day(1)Minęło już siedem lat, odkąd opuściłam mój dom rodzinny. Miałam 19 lat i wyjechałam do stolicy studiować. Studiować, ale też by lepiej poznać świat i jeszcze lepiej siebie samą. By rozwijać się i odkryć, kim tak naprawdę jestem, oraz co, a czego nie jestem w stanie dokonać. Najtrudniejszy okres i największe wyzwanie mojego życia. W zależności od tego, jak na to spojrzeć, najlepsza i najgorsza rzecz, jaką zrobiłam. Najlepsza – bo jeśli nie idziesz do przodu, to się cofasz. Bo mieszkanie samemu i wykrzesanie z siebie samowystarczalności nauczy Cię więcej niż jakakolwiek szkoła czy uniwersytet.

Najgorsza, bo Cię wykorzenia. Pozbawia tego, co „normalne”, odziera z rutyny. Otwiera przed Tobą tyle drzwi, że nigdy nie umiałeś do tylu zliczyć, nie mówiąc już o ich otwieraniu. Przedstawia jako prostsze niewyobrażalne możliwości, jakie życie przed Tobą roztacza. Ale utrudnia wybór. Uczy, że „dom” jest redefiniowalny i nigdy ostateczny. Czyni życie piękniejszym, ale okrada je w pewnym sensie z bezpieczeństwa i tego, co oczywiste… Ale najgorsze jest to, że sprawia, że tęsknisz za domem. Nie chodzi mi tu o fizyczne miejsce, tylko o poczucie, że jesteś w znajomym Ci punkcie. Chodzi o poczucie komfortu, o pewien powtarzalny porządek. Poczucie domu.

Gdy przygotowywałam ten artykuł, udałam się w głęboką podróż introspekcyjną, przez wspomnienia, rozliczenia, dramaty, radości i duchy przeszłości. Gdy przygotowywałam ten artykuł, zasięgnęłam również bibliografii związanej z tematem, by nabrać dystansu do kwestii, która jawi mi się jako tak osobista.  Poniższy wiersz wzruszył mnie od pierwszej chwili. Napisany przez kurdyjską poetkę, Choman Hardi, określany jest jako Poezja Pamięci i Wygnania.
Pozostawiam go Waszej refleksji.

web-2
***
Odziedziczę kuchnię mojej matki,
Jej szklanki, jedne wysokie i wąskie, inne niskie i pękate,
Jej talerze, brzydką kolekcję z różnych kompletów,
Kieliszki kupione pospiesznie na różne okazje,
Zardzewiałe garnki, których nie wyrzuciła.
„Jeszcze niczego nie kupuj”, mówi,
„Niedługo wszystko to będzie Twoje”.

Moja mama planuje kolejną wyprawę
Po raz pierwszy jej celem jest dom,
Odbudowany dom, który umebluje.
Ma 69 lat, a cieszy ją, że zacznie od nowa.
To już dziewiąty raz.

Nigdy nie mówi o utraconym dobytku
Gdy zostawia za sobą kolejne domy.
Nigdy nie czuje żalu
Tylko jej winorośl w ogródku,
Oplatająca ściany ganku.
Zwykła śpiewać, by winogrona dojrzewały,
Szyła woreczki z bawełny, by chronić je przed pszczołami,
Nigdy nie odziedziczę drzew mojej mamy.
***

c9b5496bd05f635e3dee7f7f172f8960Tak jak i ja oraz wielu z Was. Przeżywamy to życie bez domu metaforycznie, w świecie otwartym, ale pędzącym, ekscytującym, ale na walizkach.

Ale są wśród nas też tacy, których życie bez domu dotyczy w sensie dosłownym. Ich życie to ucieczka, ich życie to wyrwane korzenie. To im, z okazji obchodzonego w czerwcu Światowego Dnia Uchodźcy, chciałabym dedykować ten wiersz. I życzyć by, nawet jeśli ich winorośl została porzucona dawno i daleko, udało im się odnaleźć spokój i miejsce na nową.

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Vienna Time Travel

imagesTym jakże zachodnim (takim ładnym i Amerykańskim) tytułem chciałabym wszystkich Was, drogich tubylców zadomowionych już w mieście muzyki i sznycla, a także Was, drogich turystów jedynie przejazdem podziwiających przedwojenna architekturę stolicy austriackiej, zaprosić do podróży w czasie. Niektórych z nas tubylców/bądź turystów nie ruszają bowiem tradycyjne muzealne eksponaty i pomimo kunsztu wiedeńskiego wystawiennictwa (czy to wystawia się malarstwo czy kość piszczelową prehistorycznych gadów) snujemy się smętnie między nudziarskimi gablotami ziewając w nadziei na jakąś nową, fascynującą formę nauki historii. Podróżując w czasie na przykład.

Podróż taka dostępna jest dla Was codziennie od godziny 10:00 do 20:00 (ostatnie wejście o godzinie 19:00) w muzeum Vienna Time Travel na Habsburgergasse 10A, 1010 w austriackiej stolicy. Wstęp tani nie jest, ale przyznajmy, że to cena dość przystępna jak na wojaże czasoprzestrzenne; 18,00 Euro za osobę dorosłą, 14,00 Euro za dziecko do 14 roku życia, 16 Euro dla Seniorów (55+). Bilety można nabyć ze zniżką na stronie internetowej muzeum http://www.timetravel-vienna.at/ , a także w przypadku zabukowania większej grupy zwiedzających (bilet za 15,00 Euro od osoby dla grupy liczącej osób minimum 12).

 Vienna Time Travel to na pewno recepta na ciekawe popołudnie, a moim skromnym zdaniem jest godne polecenia zwłaszcza dla młodzieży (metryką bądź sercem), oraz dla rodzin z dziećmi. Dlatego, że jest to muzeum nietypowe. Znajduje się w dawnym budynku klasztornym w samym centrum miasta, a składa się z: kina gdzie obejrzymy video w formacie 5D (sic!), ekspozycji figur animatronicznych, innych ekspozycji multimedialnych, oraz prawdziwego bunkra z czasów II Wojny Światowej. Przewodnicy dostępni są w m.in. języku niemieckim oraz angielskim, w polskim niestety nie (mamy natomiast do dyspozycji odbiorniki auto-guide w naszej ojczystej mowie Piastów i Popiela, którego myszy zjadły).

stephansdom-logo-cfDlaczego muzeum jest godne polecenia, a zwłaszcza dla nas, pokolenia młodych ale już nie tak gniewnych, zblazowanych i rozpieszczonych technologią, oraz dla rozpieranych energią dzieci? Bo jest interaktywne, żwawe, zabawne i skondensowane. W prawdzie zaliczyć go do miejsca wysokiej kultury raczej nie można i na pewno nie zdobędziemy w nim wiedzy godnej doktoratu, ale na pewno zaznamy wyśmienitej rozrywki o zabarwieniu bardziej intelektualnym niż na przykład typowe leczenie niedzielnego kaca leżakując na kanapie gapiąc się w polską TiVi na zmontowanej przez pana Mietka satelicie.

Dodajmy jeszcze, że ludzki mózg jest niestety dość leniwy, dlatego częściej zapamiętuje informacje podane w formie ciekawej, niż wkute pod przymusem ławy szkolnej, albo gdzieś “liźnięte” od niechcenia na jednej z wielu podobnych do siebie ekspozycji. Ja np. widziałam w swoim życiu bardzo wiele zamków, ale wszystkie zlały mi się w jedną nierozróżnialną “zamkowość” na tyle, że już nie jestem w stanie rozpoznać czy w danym zamku już byłam czy jeszcze nie. Biorąc ten krótki wywód pod uwagę, podejrzewam, iż jest szansa, że jedyna wiedza na temat miasta Wiedeń, jaką na starość będę dysponować, pochodzić będzie właśnie z tego muzeum i jego interaktywnych bajerów.

time-travel-vienna1Żeby nie było, że nie wiem o czym mówię, odwiedziłam Vienna Time Travel już dwa razy i gwarantuję, że każdego odwiedzającego mnie w Wiedniu gościa (bądź gościówę) zaciągnę w jego klasztorno-muzealne progi, czy to po dobroci, czy siłą i przemocą. Dodam jeszcze, że postuluje aby każde “większe” miasto, a przynajmniej miasto stołeczne, dysponowało tego typu muzeum. Tak więc moi drodzy, jak już zapoznacie sie na czym ten przybytek na Habsburgergasse 10A polega możemy nawet zacząć postulować, planować, odrzucać i przyjmować projekty na nasze rodzime Warsaw Time Travel (lub jak kto woli Krakow Time Travel, a nawet Srock Time Travel, chociaż ów travel nie byłby chyba nazbyt dynamiczny, tak podejrzewam…).

Podsumowując, moi drodzy wiedeńczycy udokumentowani bądź tymczasowi, na podróże małe i duże nie wszyscy mamy czas czy fundusze. Ale na podróż w czasie jak się okazuje i owszem!

Leave a comment

Filed under Uncategorized