Monthly Archives: July 2014

Chłop gotujący (i pierogi lepiący)

tn_20131114-MGG_4433Taki chłop w domu to skarb na wagę złota. A jak się okazuje, nie tylko tam. Chłop gotujący poza domem jest czymś jeszcze więcej – przepisem na nowatorską i samodzielną karierę. Jak mówi Michał Piosik, szef kuchni i właściciel odnoszącego ogromne sukcesy Polish Your Cooking, na umiejętności lepienia pierogów można zbudować dochodowy i, co najważniejsze, przyjemny biznes.

Polish Your Cooking to warsztaty gotowania – jak sama nazwa wskazuje są to warsztaty gotowania polskich dań i również jak nazwa wskazuje prowadzone w języku angielskim (w przypadku polskich uczestników oczywiście po polsku). Zajęcia skierowane są przede wszystkim, ale nie tylko, do obcokrajowców odwiedzających Polskę. W szczególności do tych znużonych snuciem się po muzeach, poszukujących kreatywnego sposobu poznania naszej kultury oraz tych, którym znudziły się sztampowe imprezy w bezosobowej atmosferze klubów nocnych. Polish Your Cooking  to 4-5 godzin wspólnego pichcenia i kosztowania rezultatów pracy oraz rodzimych trunków. Ten przepis się sprawdza, Polish Your Cooking zajmuje już 3 miejscu wśród turystycznych atrakcji Warszawy na największym światowym portalu turystycznym TripAdvisor.

Dlaczego po angielsku i dlaczego akurat rodzime dania? – Kiedy zaczynałem, w Warszawie było już parę kursów kulinarnych. Żadne z nich nie są jednak prowadzone po angielsku i niewiele oferuje kuchnię polską. A że rodzima kuchnia jest moją najmocniejszą (choć nie jedyną) kulinarną stroną, była naturalnym wyborem na pierwsze zajęcia. Dlaczego turyści? Przyjmowanie gości z zagranicy jest dużo fajniejsze, bo wszystko ich interesuje, chcą się jak najwięcej dowiedzieć o naszej kulturze i są bardzo pozytywni. Polacy są z naszą kuchnia za pan brat i temat nie jest dla nich aż tak fascynujący, ale też się sporo uczą –  zwłaszcza historia kulinariów i kuchenne tips&tricks są dla nich sporym zaskoczeniem.

Klienci Polish Your Cooking pochodzą  głównie z Wielkiej Brytanii, USA, Niemiec, Izraela, Skandynawii i Francji. -Tutaj nie mogę być skromny: na TripAdvisorze mam „perfect score”! Większość osób mówi mi, że moje warsztaty to genialna rozrywka i ich najświetniejszy punkt wizyty w naszym kraju. A, i moi klienci kochają polskie potrawy i nalewki, zajadają się do oporu i jeszcze zabierają na wynos. Zazwyczaj mówią, że są dużo lepsze niż w knajpach, zaś po ich minach widzę, że nie jest to zwykła uprzejmość.

22_kissthecook_lglCo jest niezbędnym składnikiem sukcesu? – Jakość, jakość, jakość. Sam robię zakupy na lokalnym ryneczku, czuwam na każdym etapie przygotowania i przeprowadzam zajęcia z najwyższą troską o gości. Choć może jest to pokłosiem tego, że nie potrafię delegować zadań? Bardzo dbam o to, żeby goście byli dopieszczeni jeszcze zanim pojawią się na zajęciach (proponuję pomoc w poruszaniu się po Warszawie, polecam inne atrakcje), w trakcie zajęć (odwiedzający są zawsze najedzeni i napojeni) i po nich (zbieram rzetelny feeback). Bardzo pomocni okazali się moi znajomi i rodzina, którym zorganizowałem zajęcia pokazowe – wytknęli mi wszystkie niedociągnięcia i dzięki temu mogłem udoskonalić formułę warsztatów.

Ale taki sukces od czegoś trzeba było zacząć. Michał gotować nauczył się od mamy, która, jak sam mówi, gotuje bardzo smacznie, a przy tym jest nieocenioną skarbnicą tradycyjnych polskich przepisów. Szef Polish Your Cooking już we wczesnym dzieciństwie lubił pomagać w kuchni i dzięki temu poznawał tajniki domowego kucharzenia. Pasję kontynuował w trakcie studiów, jednak wtedy nie myślał jeszcze, że gotowanie można przekuć w dochodowy zawód. – Branża gastronomiczna jest przecież bardzo ciężka i pracochłonna, kariera od pomocnika kuchennego do Szefa porządnej restauracji zajmuje kilka, kilkanaście lat.

Zanim przywdział fartuch z charakterystycznym wąsatym logo Polish Your Cooking ukończył International Economics i Finance and Accounting w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Przez trzy lata pracował w bankowości i konsultingu (Citibank i BCG). Jak mówi, praca ciekawa, ale relacje międzyludzkie strasznie płytkie. – To będzie smutna nuta, korpo wyciska człowieka jak cytrynę, możliwości rozwoju wszystkich talentów (lub jakichkolwiek talentów) są znikome. Płaci się człowiekowi tylko tyle żeby się nie zwolnił, a człowiek pracuje tylko tyle, żeby nie został zwolniony (jest to ekonomicznie usprawiedliwione, ale nierozwijające dla żadnej ze stron). Mimo to, sporo tam się nauczyłem i było to nieodzowne doświadczenie dla mojej dzisiejszej działalności.

A zatem, jak to tak, z korpoświata do gotowania? Często wiele zależy od przypadku. Michał zawsze lubił poznawać nowych ludzi, szczególnie z obcych kultur. Aż pewnego dnia, będąc wraz z żoną na miesiącu miodowym w Maroku zwrócił uwagę na ciekawą atrakcję turystyczną – warsztaty kuchni lokalnej w Marrakeszu. Od razu się zapisali. Już wtedy nosił się z zamiarem rzucenia pracy, ale kiedy przekroczył próg zajęć doznał ostatecznego oświecenia: to jest to co chcę robić! – Poznawać ciekawych ludzi z zagranicy, gotować z nimi i zarabiać na tym – praca marzeń!

jobAle od marzeń do realizacji jest jeszcze daleka droga. Zwłaszcza, że w Polsce podobno trudno założyć własny, a do tego nowatorski biznes. – Mówią tak tylko ci, którzy nigdy nie próbowali – ripostuje Michał – Firmę założyłem w kilka minut przez Internet. Potem zaniosłem jeden papier do urzędu. Tyle. Do tego wystarałem się dofinansowanie z urzędu pracy, które pomogło mi wystartować. Dofinansowanie wymagało sporo wysiłku, ale własny biznes nie jest dla leniwych. Ja jestem strasznie leniwym i niezorganizowanym człowiekiem, staczam z tym batalię codziennie. Ale świadomość, że biznes jest mój, reprezentuje mnie i tworzy moja markę motywuje bardziej niż strach przed najgroźniejszym szefem.

Przeszkody w popularyzacji własnego biznesu wśród nowego pokolenia Polaków są dwie: władze nie promują przedsiębiorczości wśród młodych (jest to ekonomicznie uzasadnione, przecież przedsiębiorcy płacą dużo mniej podatków niż tzw. etatowcy). A młodzi rzadko wykazują inicjatywę i często nie potrafią odnaleźć niezbędnych informacji gubiąc się w zawiłościach biurokratycznych i w rezultacie nie zdają sobie sprawy jak łatwo jest założyć i prowadzić własną firmę. Warto wspomnieć, że istnieje sporo ludzi i organizacji pozarządowych, które w tym pomagają (np. centra przedsiębiorczości, inkubatory, aniołowie biznesu, itd.). Po drugie, rodzice mówią dzieciom: musisz znaleźć dobrą, stabilną pracę! W zglobalizowanym świecie to nie działa. Nie ma już czegoś takiego jak przepracowanie w jednej firmie całego życia – czasem wyrzuca się z banku cały dział, tylko dlatego, że ich pracę taniej można wykonać w innej lokalizacji geograficznej.

Poza tym, nikt młodym nie mówi, że na własną rękę mogą osiągnąć znacznie więcej niż w korporacji, bo wszystko co zarobią idzie do ich kieszeni i zależy od ich starania, a nie od centrali gdzieś w Tokio czy w Nowym Jorku. Mówi się jedynie o drugiej stronie medalu, czyli, o tym, że wszystko co stracą muszą spłacić sami. Oczywiście własna działalność to gra o sporym ryzyku, ale gra warta jest świeczki. – Moje słowa dla młodych, którzy się wahają czy wejść we własny biznes: spróbujcie. Jesteście młodzi po to, żeby popełniać błędy. Jak będziecie mieli dwójkę dzieci i kredyt, na pewno nie zaryzykujecie otwarcia własnej firmy. Róbcie rzeczy, których się boicie, bo jak nie spróbujecie, to przegracie na pewno, a jak dacie sobie szanse, prawdopodobieństwo powodzenia jest całkiem spore. A kiedy się już zdecydujecie, dajcie z siebie wszystko i się nie poddawajcie! Uczcie się dużo i od mądrzejszych od siebie i nie wmawiajcie sobie, że nie dacie rady, czy, że jesteście gorsi. Największe głąby świata są milionerami, tylko dlatego, że się nie boją.

polish-your-cookingAby doprowadzić Polish Your Cooking do obecnego poziomu nieoceniona była też pomoc i bliskich. Wiara rodziny w to co robimy nie jest niezbędna, niektórzy z nas działają przecież lepiej „na przekór”, ale na pewno potrafi dodać skrzydeł młodym przedsiębiorcom. – Zawdzięczam dużo przede wszystkim żonie, bez niej nic bym nie zrobił, bo mnie motywuje i wspiera na każdym kroku. Rozwiewa moje wątpliwości w biznesowych zagwozdkach i jest niesamowicie mądra. Teściowie są bardzo pomocni w kulinarnych i technicznych aspektach działalności.  Moi rodzice z początku nie wierzyli w to, że ich syn po takich studiach i z doświadczeniem rzuca wszystko i idzie lepić pierogi (w końcu sporo w tę moją naukę zainwestowali), ale szybko się przekonali do tego, że w życiu można robić to co się kocha i na tym zarabiać.

A kolejne wyzwania? Czego możemy się spodziewać po Polish Your Cooking w przyszłości? Wiadomo przecież, że musi być ruch w interesie, a w tym własnym tym bardziej nie wolno osiadać na laurach. – Powoli wprowadzam nowe scenariusze. Zorganizowałem z powodzeniem parę eventów team-buildingowych dla korporacji, wieczory panieńskie/kawalerskie, jeżdżę z zajęciami nawet za granicę. Otwieram też nowe kuchnie. Moim marzeniem jest stworzenie fundacji zdrowego żywienia, która będzie promować naturalne produkty i tradycyjną polską kuchnię, która powoli, w zgiełku wielkich miast odchodzi w zapomnienie. A ja nie wyobrażam sobie Polski bez prawdziwych PIEROGÓW!

Na zakończenie ostatnia i zarazem najważniejsza rada dla początkujących przedsiębiorców: – Nie słuchajcie hejterów! Konstruktywna krytyka i rzetelny feedback są nieocenione, bo pomagają nam rozwijać biznes, ale trzeba oddzielić ziarno od plew i olać tych, którzy mówią że nie damy rady, albo że to się na pewno nie uda. To im się nie uda, bo narzekaniem nikt jeszcze niczego nie zbudował.

haters_gonna_hate_by_frostyslash-d5ax9zl —–>  polub Polish Your Cooking na Facebooku  <—–
—–>  
zapisz się na lepienie, zagryzanie i zapijanie pierogów z Polish Your Cooking  <—–

 

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Daj pan na studia

booksgirlInternet to nie tylko plotki na pudelku, czatowanie o tzw. “dupie Maryni” czy łamanie prawa autorskiego ściąganiem nowego sezonu True Detective. Internet to nie tylko wyszukiwanie gratki wakacyjnej na Grouponie, mailowanie z szefem o niedokończonym projekcie, czy zakupowy szał na Allegro. Można się tam, w tym naszym Internecie, także pokusić o dokonania bardziej ambitne niż obrzucanie błotem komentatorów forum Onetu, czy też wielogodzinne wgapianie się w filmiki o kocich perypetiach.

A czego takiego wielkiego można w Internecie dokonać? Na przykład zebrać pieniądze na wyższą edukację. Tak jak Małgorzata Judkiewicz, absolwentka lingwistyki i prawa, która postanowiła poprosić społeczność internetową o współfinansowanie jej wymarzonych studiów w Genewie.

Małgosia ukończyła Prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W tym roku dostała się na prestiżowe studia poświęcone rozwiązywaniu sporów międzynarodowych w Genewie, na które przyjmowanych jest ok. 40 osób rocznie. Jak mówi, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości, jakie te studia oferują. Prestiżowy kierunek, wybitna kadra, dostęp do elitarnych staży i praktyk, a także pobyt w samej Genewie, mieście prawa i pokoju, to bez wątpienia ogromny awans na ścieżce kariery.  Chcesz pomóc? -> Kampania Małgosi.

Małgosia jest jedną z nielicznych przyjętych na uczelnie, co już samo w sobie jest ogromnym sukcesem. Niestety każdy sukces okupiony jest trudnościami – Uniwersytet Genewski, a właściwie fundacja z nim współpracująca nie przyznała jej stypendium. Małgosia podjęła wszelkie kroki, aby samodzielnie znaleźć pieniądze na czesne (25 000 CHF) oraz na 10-miesięczny pobyt w Genewie (ok. 15 000 CHF), która jest oczywiście bardzo drogim miastem. Do Szwajcarii ciężko się przenieść dysponując polskimi możliwościami finansowymi. Co gorsza, w naszym kraju nie ma łatwo dostępnych kredytów edukacyjnych, jak np. w Stanach Zjednoczonych. Pisała do wielu fundacji, polskich i zagranicznych, jednak bez pozytywnych rezultatów. Udało jej się pożyczyć jedną czwartą sumy od najbliższych, na czym jej możliwości się skończyły. Stąd pomysł na Crowdfunding, gdzie dzięki małym kwotom od wielu osób można uzbierać wysokie sumy.

177474036-620x350Z czym to się je? Crowdfunding jest formą finansowania wszelkich projektów przez dużą liczbę drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez osoby z tak zwanej “sieci”. Mogą to być znajomi, znajomi znajomych bądź ludzie zupełnie obcy, ale życzliwi. Zbiórki są zazwyczaj prowadzone na stworzonych w tym celu platformach internetowych. Skąd taki pomysł?

Potrzeba jest matką wynalazku, a brak funduszy skonfrontowany z chęcią tworzenia jest często ogniwem przedsiębiorczości i kreatywnych rozwiązań. Dlatego też Crowdfunding zawdzięczamy właśnie artystom. Pierwsza platforma crowdfundingowa w historii to ArtistShare, stworzona pod hasłem “pierwsza internetowa platforma umożliwiająca finansowanie artystów przez fanów”. Polega to dokładnie na tym –  fani według własnego uznania i dobrowolnie wspomagają finansowo artystów, aby móc cieszyć się ich muzyką, występem czy wręcz całą trasą koncertową.

Dziś istnieje wiele mniejszych i większych platform finansowania społecznościowego (crowd – tłum, funding – finansowanie) i są przeznaczone nie tylko dla artystów. Powstają projekty edukacyjne, charytatywne, technologiczne czy osobiste, tak jak na przykład – spłata długu. Zgodnie z opiniami specjalistów godne polecenia platformy crowdfundingowe to Kickstarter, Indiegogo, RocketHub, Peerbackers, czy wybrany przez Małgosię FundRazr.

4-Crowdfunding-Rocio-LaraJeśli chodzi o historię inicjatywy finansowania społecznościowego, największy crowdfundingowy sukces w historii to niewątpliwie gra Star Citizen. Projekt już zebrał ponad 48 milionów dolarów, o wiele więcej niż prognozowane pół miliona, a zbiórka nadal trwa. Oczywiście zdarzają się również porażki, jak na przykład zebranie nieco poniżej 13 milionów dolarów, z planowanych 32. Ale jakby na to nie patrzeć, 12 milionów dolarów to zawsze co nieco więcej niż tych dolarów zero… Zwłaszcza, że Crowdfunding nie wymaga nakładów finansowych. Pamiętajmy jednak, że te najgłośniejsze kampanie crowdfundingowe założone zostały przez gigantów technologicznych. Ale szanse na sukces zwykłego Kowalskiego udowadnia historia Zosi Mamet, gwiazdy serialu GIRLS i córki znanego dramaturga i producenta Davida Mameta, której projekt crowdfundingowy spotkał się z oburzeniem internautów. Ludzie nie chcą dawać dotacji znanym i bogatym. Chętniej pomogą mniej znanym, a bardziej potrzebującym. Tym bardziej, że ci proszą o mniejsze sumy. A zatem, jeśli jesteśmy mniej znani, a bardziej potrzebujący, jak się za Crownfunding zabrać?

Jak mówi Małgosia, rozpoczęcie kampanii jest banalnie proste. Sama wybrała stronę Fundrazr, bo ma ona międzynarodowy zasięg, niezbyt wysokie opłaty pobierane od darowanych kwot (każda platforma jakoś musi na siebie zarabiać) oraz możliwość wyboru waluty – franków szwajcarskich. Techniczne aspekty tworzenia projektu są intuicyjne i nie sprawiają problemów, przypominają każdą inną platformę mediów społecznościowych – rejestracja konta, personifikacja profilu i tak dalej. Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie filmiku, który jest wręcz konieczny do przygotowania efektywnej kampanii (przyznajmy, w XXI wieku wolimy oglądać, niż czytać). Ważne by zaoferować swoim ofiarodawcom tzw. perks, na przykład egzemplarz wydanej płyty, książki czy usługę w której się specjalizujemy. W końcu w crowdfundingu jak w życiu, “coś za coś”.
Tutaj możesz wspomóc Małgosię -> Kampania Małgosi.

360_lcrowd_0915Najcięższa praca zaczyna się po opublikowaniu projektu. Należy dotrzeć do jak największej liczby osób i prosić je, żeby one podawały informacje dalej. Tzw. efekt kuli śnieżnej. Małgosi bardzo pomogli znajomi na Facebooku – pierwszego dnia Fundrazr odnotował, że jej strona została „podana dalej” ponad 100 razy. W kolejnych etapach chce umieścić kampanii na profilu LinkedIn, a także rozesłać ją mailowo do różnych osób czy organizacji, które mogłyby pomóc. Nie da się przewidzieć, jaki będzie jej dalszy bieg, ale można powiedzieć, że taki jest urok crowdfundingu. Kto nie ryzykuje ten nie wygrywa, a w tym przypadku kto nie linkuje, ten nie crowdfundinguje.

Czy w Polsce taki pomysł się przyjmie? Sceptycy mogą obawiać się małego zaufania społecznego rodaków do tego typu wynalazków. Zwłaszcza, że wiemy, że filozofia “daj pan na bułkę” często pachnie wódką. Ale nadzieja leży w internautach. Internet w Polsce cieszy się dużym zaufaniem, wręcz większym niż w wielu państwach Europy Zachodniej. Ważne, żeby obok zaufania pojawiła się też umiejętność jego produktywnego i kreatywnego wykorzystania, a także wspierania tych, którzy już to potrafią.

Internet to potężne narzędzie. Oderwijmy czasem błędny wzrok od plotek i fotek Kim Kardashian, a zdamy sobie sprawę na jak wiele sposobów możemy wykorzystać jego magiczne moce do własnego rozwoju zawodowego czy edukacyjnego. Albo żeby, zamiast klikać kolejne bezsensowne lajki, dorzucić swoją cegiełkę i faktycznie komuś pomóc.

Oczywiście, nie zapominając o tym, że po tym jak stworzymy nasz własny projekt finansowania społecznościowego lub też trafimy na taki, w który chcemy się zaangażować, warto wrzucić jego link na naszego Fejsbuka.

*

Chcesz pomóc? Śmiało! -> Kampania Małgosi 
W zamian Małgosia przyśle Ci fotkę z Genewy, udzieli porady prawnej lub tłumaczeniowej! 

crowdfunding-1 

1 Comment

Filed under Uncategorized

Syndrom emigranta

suitcase-300x300Życie na emigranckim wygnaniu to nie małe piwo. Ani bułka z masłem. To bardziej sucha buła, albo piwo nagrzane. Z tym, że nie grzane, tylko takie wymacane, skapcaniałe z którego gaz uszedł, uleciał w siną dal. Na pewno nie jest to piwo tanie i jestem w pełni świadoma, że to zdanie brzmi niczym bluźnierstwo w mych ustach. W uprzywilejowanych ustach osoby z paszportem z obszaru cywilizowanego, a nawet dość komfortowego (Zachód przecież tuż, tuż za rogiem). Wiem, że w temacie tego komfortu prawdziwi Polacy pewnie i tak zaraz zaczną zrzędzić.

No ale ja nie o tym. Bardziej o tym, JAK być Polakiem za granicą. Nie tak tylko na chwilę, last minute, urlopowo wśród turystów z Niemiec i Rosji (którzy to, jak powszechnie wiadomo, się wszędzie panoszą). Ale tak na stałe, always and forever, z Meldunkiem, czynszem w € – Euro [jʊroʊ], czy też, nie daj boże, £ –Pounds [paʊnds] oraz z sąsiadami, których nawet podsłuchać nie można, bo nie wiadomo po jakiemu się kłócą. Jak być tym Polakiem (najlepiej nie-cebulakiem), co sezon dzierżąc w dłoni wymiętolone bilety z Ryanaira (bez poczęstunku), wydrukowane na 24 h przed odlotem (również w siną dal), sadowiąc się na uwierających w tyłek fotelach, które to ów tyłek od święta – na święta – transportują w strony rodzinne pachnące pierogiem, tudzież mazurkiem. I jak w tak zwanym międzyczasie żyć? Bo przecież żyć jakoś trzeba.

imagesW temacie emigracji/imigracji wieku XXI wiemy, że niektórzy z nas do swej zagranicznej lokacji, lokalizacji przybyli wspomnianym Ryanairem, a nie zaś rozklekotaną i rozepchaną nadmiarem zdesperowanych ludzi łódeczką. Ale o dziwo, życie bywa czasem na tyle sprawiedliwe, że nie zważając na zawartość naszych kieszeni czy pretensje jakie żywimy wszem i wobec do świata skazuje nas wszystkich na podobne migranckie dylematy, rozterki i (d***) bóle.

Nostalgia i nos usmarkany tęsknotą za domem są dla emigranta większą gwarancją niż śmierć, podatki i odsetki rat kredytu. Ale lista objawów syndromu emigranta jest dłuższa, szersza i jeszcze bardziej bezlitosna.

Grozi nam na przykład uzależnienie do porannej/wieczornej lektury Pudelka. Szybko zwięźle i na temat i już wiesz co się dzieje w (pół)światku ojczyźnianych celebrytów i bliżej nieznanych Ci towarzyszących im osób. A jeszcze bliżej matki ojczyzny i polskości jako takiej jest ci po zatopieniu się w lekturę hejtujących pudelkowych komentantorów. Jakże błogo jest wśród swoich.

Zespół łzawego oka przy oglądaniu programu dokumentalnego o Puszczy Białowieskiej, żubrach i pierwotnych lasach, po których owe żubry hasają (czy żubry w puszczy hasają? czy tylko występują?). W czasach szkolnych powieka nawet nie zadrżała nad losem żubra (no chyba, że nad puszką), a teraz proszę, szloch w pełni patriotyczny.

summer+school+monikaPokrewne objawy to niekontrolowany szloch (też patriotyczny) nad twarogiem zakupionym w rosyjskim spożywczaku, wieczorne mazanie się przy hitach Varius Manx i smętny video chat z koleżanką – rodaczką – wypełniony rzewnym wspominaniem chwil spędzonych niegdyś wspólnie w kraju nad Wisłą.

Stan niekontrolowanej euforii w reakcji na publikowane przez fejsbukowiczow osiadłych w ojczyźnie fotki jesienne. Jesień polskich lasów, parków, a nawet ulic nagle jawi się jako piękna, nie zaś zapaćkana czy dołująca. Ten objaw ma szanse występowania jedynie w przypadku gdy a) od dłuższego czasu nie przebywamy w Polsce b) nie ma akurat jesieni c) umieramy na tropikalną gorączkę. Objaw ma też edycje zimową.

Kompulsywne próby przyrządzania polskich potraw z dostępnych na obczyźnie polsko-podobnych składników. Następnie równie kompulsywna publikacja fotek dokumentujących owe kulinarne dokonania. Trzeba było babci uważniej słuchać, to może byłoby się czym chwalić… Dobrze, że możliwość przeróbki fotek jest w obecnych czasach globalizacji i zakłamania mediów dostępna także nam, Kowalskim na wygnaniu.

2bfb338414_i_love_polandNerwica natręctw polegająca na powtarzaniu frazy – „bo w Polsce to…”, „in Poland, we say…”, „en polaco se dice…” i tym podobnych.

Omamy, halucynacje i tym podobne złudzenia idealizujące kraj, miasto, wieś pochodzenia oraz kulturę narodową.

Ubytki w pamięci prowokujące błędy językowe. Przystanku? Przystanka? Podkoszulka? Podkoszulek? Dokładnie! Masakra! Relacja? Prokrastynacja? Jak to się po polsku nazywa? Byznes, mityng, lancz? Taka sytuacja.

Obsesyjne poszukiwania polskich dzieł kinematografii dostępnych online, najlepiej z podpisami ENG aby spełnić się w równie obsesyjnej potrzebie krzewienia kultury przodków wśród niczego nieświadomych i skonfundowanych (patrz punkt wyżej) przedstawicieli kultury lokalnej.

Niekontrolowany odruch zakupu koszulki z nadrukiem Made in Poland i ręcznie robionej bombki choinkowej na międzynarodowym targu świątecznym w mieście naszego wygnańczego pobytu.

Polaków portret wlasnyA także, marzenia senne o tematyce ogólnopolskiej, sentyment do bocianów, niepohamowana potrzeba nabywania polskich produktów dostępnych na lokalnym rynku, bądź stany depresyjne w wypadku braku ich występowania.

Wszelkie objawy syndromu emigranta, a także skutki uboczne metod jego zaleczania środkami dostępnymi na miejscu ustępują nie dłużej niż w ciągu kilka tygodniu po powrocie do kraju.

W przeciwnym wypadku skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

12 Comments

Filed under Uncategorized