Monthly Archives: March 2014

A znajomym ani słowa, że piszesz

shhMłodzi ludzie, którzy umyślili sobie artystyczną przyszłość zawodową zdają sobie pewnie sprawę, że czeka ich rodzinna pogadanka pod tytułem „tak, utrzymam się moją działalnością twórczą”. Niektórzy nawet ową pogadankę przetrwali (dobra wprawka do utrzymania się sztuką przy życiu). I to jest wielka sprawa. Ale czy na tym koniec? Nie, o nie.

Wszyscy Twoi przyjaciele od serca i wódki, osiedlowe ziomki, bracia, siostry, kuzyni, sąsiedzi i koledzy ze szkolnej ławy, koleżanki ze studiów, poznawani czterokrotnie na imprezach „cześć jestem Marek”, a także wszyscy irytujący znajomi znajomych, a także ich znajomi, a ZWŁASZCZA wszyscy ci z nich, którzy podążają konwencjonalnymi ścieżkami karier i pieniądza nie maja wystarczająco rozwiniętego poczucia abstraktu by pojąć to czym się zajmujesz. No, bo czym Ty się tak właściwie zajmujesz? Piszesz? A co? Powieści? Poezje, poematy, częstochowskie rymy? Scenariusze? Notki na Wikipedii? Coś czytałem? Publikują Cię? A ile Ci płacą? Płacą w ogóle? A masz jakąś PRAWDZIWĄ robotę?

W przypadku zdarza się dzień dobroci dla zwierząt (i artystów walczących – struggling artist – co brzmi dumnie, acz ubogo) uraczysz „to jak Ci tam idzie to Twoje pisanie?”.

Ha, a myślisz, że Cię w ogóle czytają? Ale to inny temat.

I nie tam, że możesz sobie pomarudzić. Zapomnij. Bankowcy, sekretarki (współcześnie znane jako asystentki prezesa), prodżekt menadżerzy itd. itp. wszyscy oni mają prawo do narzekania. To czym się zajmują to praca, a na pracę się narzeka. Taki klimat. A Ty? Nic nie musisz. Sam sobie wymyśliłeś swoje pisarsko-hipsterskie dyrdymały. Idziesz za pasją, robisz to co chcesz robić. Twój wybór. Żaden zrzędliwy szef Ci nic nie każe, nie masz narzuconych godzin pracy. Całoroczne wakacje. Wstajesz kiedy chcesz, jeśli w ogóle. Jak Ci się zachce ruszyć to przespacerujesz się do jakiejś uroczej kawiarenki “pracować”. A może cały dzień siedzisz w pidżamie i medytujesz nad ekranem laptopa? Z resztą, pewnie i tak cała ta Twoja praca sprowadza się do przesiadywania od rana do nocy na fejsbuku. Twitterze albo dla odmiany Instagramie. Czy Youtube. Dalej nie wnikamy.

No, a jak za to nie płacą, to skąd te Twoje pretensje? Przecież żadna z tego robota.

LawyersBlock2

Dlatego nigdy nie mów znajomym, że piszesz. Łatwiej ściemnić jakąś biurową historyjkę o pracy, którą zawalasz, lub której przynajmniej nienawidzisz. Tak dopasujesz się do towarzystwa i poczujesz, że „przynależysz” w kręgu poważnej konwersacji Klubu Ludzi Dorosłych. Zwłaszcza, że od tej ich całej “kariery” Twoi znajomi nabrali (nie wody w usta niestety) jakichś nielimitowanych zapasów powagi i odpowiedzialności. I teraz, w tym dorosłym świecie krawatów i garsonek, gadają o pracy przy zbyt wielu (i przy zbyt nieformalnych) okazjach.

Poza konfliktem tragicznym pod tytułem czy “opowiadać o moim zmyślonym open spejsie” czy też utknąć w otchłani ignorancji oddzielającej Cię od Twoich przyjaciół i ich biurowych opowieści dziwnej treści, kolejnym problemem jest poznawanie ludzi nowych. Przy przedstawianiu się nie wiesz nawet czy przyznać się do tego czym się zajmujesz. A wiadomo, że w tym wieku (czasy „jakiej muzyki słuchasz” niepostrzeżenie się skończyły) głównie o to wszyscy pytają. A Ty, czym się zajmujesz? I nagle masz bolesną wręcz świadomość, że TY sam nie masz nawet pewności czy możesz tytułować się… pisarzem? Autorem? Hmmm… Pismakiem?? Po tym jak jednak przyznasz się, że zajmujesz się (tada da dam!) pisaniem, oto co następuje: przedstaw uzasadnienie i prawdziwość Twojego zawodu. Oznajmianie wszem i wobec, że pracuje się w banku nie prowokuje takiej lawiny dociekiwiań i wątpliwości. „I starcza Ci na życie?” albo „a utrzymałbyś się sam?”, tego nie usłyszy pracownik banku, nawet jeśli od roku marnieje na elitarnie elitarnym oraz „dobrze wyglądającym w CV”, ale egalitarnie nieodpłatnym stażu.

Oczywiście sztuka jest subiektywna. Każda twórczość jest zależna od subiektywnej opinii odbiorcy. Praca w banku nie do końca. Pisanie wymaga chociaż ODROBINY talentu. Nie wspominając o determinacji, dyscyplinie i pracowitości. Ale to chyba talent odróżnia zawody “artystyczne” od prac “wyuczonych” na wszelakich kursach i szkoleniach korporacyjnych. Dlatego trzeba przyznać, jest to całkowicie usprawiedliwione, że Twoje artystyczne dokonania muszą zostać skonfrontowane z “Pokaż no mi, jak daleko zaszły te twoje osiągnięcia Artysty, to być może faktycznie Cię za takowego uznam “.

imagesUzbrój się zatem w cierpliwość drogi autorze, twórco, czasem artysto. Fake it till you make it, a znajomym ani słowa, że piszesz. Nigdy nie czuj, że musisz uzasadnić swoje zawodowe wybory. Stracisz na to zbyt wiele energii. A przecież, jak dobrze wiemy, potrzebujesz wszystkich zasobów kreatywność i retoryki, aby uczynić ze swojej „pracy” – PRACĘ.

Do tego czasu, gadka szmatka, uśmiech i ukłony. Może kiedyś, jeśli będziesz miał wystarczająco szczęścia, odniesiesz taki sukces, że obejdzie bez recytowania wszystkich osiągnięć i wyliczania dokonań. A nawet jeśli nie, nigdy nie dawaj ludziom prawa do kwestionowania rzeczywistości.

W końcu, jeśli mieliby to prawo, zajęliby się pisaniem.

Advertisements

1 Comment

Filed under Uncategorized

Rajtki, kwiatki, czekoladki

images (3)Ósmego marca wiele państw na świecie obchodziło wyjątkowy dzień. ALE, tylko garstka z tych państw tak naprawdę zasłużyła sobie na jego świętowanie. Tylko ta garstka ma jakikolwiek powód aby upamiętniać “walkę kobiet o możliwość uczestnictwa w społeczeństwie na równych prawach z mężczyznami oraz o ich prawo do samostanowienia i rozwoju jako osoby.” Ponieważ jedynie owa garstka państw tę walkę wygrała.

A my? Rajtki, kwiatki, czekoladki. Odświętne panów sprzątanie i ich od wielkiego-dzwonu samodzielne kanapki smarowanie oraz zupy gotowanie. W tym stylu międzynarodowy dzień kobiet obchodzi się prawie na całym świecie. Gdzie-nie-gdzie 8 marca uniesiony został do rangi święta narodowego, mimo, że owa ranga sprowadza się tam również przede wszystkim do owych “rajtek”. A powinien nim być? Świętem znaczy się? Może nie po to, aby sprzedać więcej suwenirów typu pretty-in-pink (już nam do tego wystarczą walentynki), ani po to by celebrować nasze zwycięstwo nad dyskryminacją płci (dysryminacja póki co ma się całkiem dobrze), ale myślę (więc jestem), że powinien. Choćby po to abyśmy przypomnieli sobie czego nam jeszcze brakuje na drodze ku równości między kobietami (nami), a mężczyznami (nimi).

A brakuje wiele.

images (4)

Na dobry początek chciałabym życzyć wszystkim kobietom, tym młodszym i tym starszym, tym odchudzającym się i tym nie mogącym przytyć, blondynkom, burnetkom i nawet rudym też, aby na pierwszym miejscu i przede wszystkim były człowiekiem. Kobietą zaś dopiero na drugim.

Aby zawsze pamiętały, że mają prawo do rozwoju poprzez edukację i realizację swoich pasji. I nieważne czy te pasje uważane są za kobiece, męskie czy dżęderowo-neutralne. Każdy człowiek ma prawo do rozrywki wybranej podług swojego własnego widzimisię.

Aby nigdy nie pozwalały by ich wartość mierzona była funkcją rozrodczą ich kobiecego (bądź chłopczycowego) ciała.

Aby zawsze pamiętały, że piękno to ozdoba, nigdy fundament.

Aby miały i doceniały swoje siostry. Nieważne czy to te urodzone w tej samej rodzinie, czy te napotkane na naszych pokręconych ścieżkach życiowych.

download

Aby nauczyły się być same. Aby nabyły umiejętność samodzielnego życia nie czując, że są nikomu niepotrzebne czy niepożądane. Aby poznały swoją wartość na tyle dobrze, żeby umiały odrzucać toksyczne relacje – zamiast za wszelką cenę lgnąć do do tego taniego poczuciu uznania i wartości oferowanego nam przez tych, którzy wykorzystują nas do własnych egoistycznych potrzeb.

Aby nigdy nie zapominały ile są warte. A jednocześnie, aby nigdy nie przeliczały tej wartości na pieniądze, oblepiając się kolorowymi metkami, wciskanymi nam na każdym kroku przez społeczeństwo i media.

Aby nigdy nie rozmieniały się na drobne.

Aby nie wierzyły w to co widzą na reklamach. Ani w czasopismach. Ani na billboardach. Co więcej, aby pamiętały, że to nie to jest istotne.

To Wy jesteście istotne. To co robicie się liczy. To co myślicie się liczy. Macie głosy po to aby ich używać, po to też macie rozumy. Ciało to narzędzie, a nie materiał do eskploatacji. A tym mniej aby eksploatowali go wszyscy dookoła.

Abyście nigdy nie bały się luster. Lustra są po to, żeby poprawić fryzurę i umyć zęby. Nie po to, żebyście się w nie wgapiały pół dnia szacując jak daleko Wam do ideału trzynastoletniej modelki Vogue’a.

Abyście zawsze dbały o tych co są Wam bliscy. Ale abyście nigdy nie przestały przede wszystkim dbać o siebie.

MjAxMi04YTZkOWM2YjZkZTg0NGE0Tego wszystkiego oraz szczęśliwego dnia, tygodnia, miesiąca oraz całego życia. A także, aby nie tylko 8. marca, ale każdego dnia roku, naszym JEDYNYM zmartwieniem były, cóż,

rajtki, kwiatki oraz czekoladki.

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Les féministes détestent le sex

tumblr_mhsdrsNKni1qaxujio1_500Ten artykuł wydaje się szczególnie ważny w kontekście naszego kraju rozrywanego ostatnimi czasy dość regularnie na strzępy podczas wszelakich bitew o GENDER.

Widzieliście może serial HBO “Dziewczyny” (“Girls”)? Ja oglądam. Przyznam, że wciągnęła mnie jego “prawdziwość” (zwłaszcza w porównaniu do jakiejkolwiek polskiej produkcji serialowo-telenowelowej), a tym bardziej to z jakim realizmem (a wręcz naturalizmem) portretuje on kobiecą seksualność. Chodzi o to, że pokazuje nam tzw. “zwykłe kobiety”, czyli te w wydaniu sauté, bez glamu, lansu i fotoszopowej obróbki. Kobiety z krwi, kości i celullitu, kobiety nie-idealne, nie-perfekcyjne – a zatem zdecydowanie nie takie, do jakich przyzwyczaiła nas telewizja.

Zdarza mi się też słuchać nowej płyty Beyoncé (chociaż oficjalnie przyznaję się, że taka muzyka, to “tylko na imprezy”). Jako obserwatorka-amatorka całej tak zwanej popkultury, popieram i wspieram prawo tej i innych piosenkarek do negliżowania się w teledyskach czy do występowania w skąpych majtasach na Grammy i do ogólnego nie-krycia się ze swoją kobiecością. To przecież feminizm, czyż nie? Dlaczego taka Beyoncé miałaby się krygować, zwłaszcza teraz gdy została matką i na pewno, tak jak wiele innych matek, stara się odzyskać pewność siebie i poczucie atrakcyjności. W jednej z piosenek Beyoncé cytuje w tym temacie dialog z filmu The Big Lebowsky, mówiący o tym jak to feministki niesłusznie posądzane są o nienawidzenie seksu, którego w istocie wcale NIE nienawidzą, a wręcz uwielbiają (“Les hommes pensent que les féministes détestent le sexe, mais c’est une activité très stimulante et naturelle que les femmes adorent.”).

Popieram również prawo Lily Allen do nagrania piosenki i nakręcenia wideoklipu, który wyszydza tzw. podwójne standardy płciowe. Teledysk krytykuje uprzedmiotawiania słabszej płci, to jak wszyscy pozwalają sobie poniżać kobiety które przytyły (choćby w lub po ciąży) oraz te które są otwarcie i wprost “seksualne”, albo zwyczajnie (lecz NIE jak na damę przystało) mają coś do powiedzenia.

love-sex-hate-sexism

Wszystkie tego typu wysiłki, manifesty celebrytek, artystek, piosenkarek MTV, youtube itp. to przecież feminizm, prawda? Może feminizm w wersji POP, ale mający na pewno moc dostawić kolejny szczebelek zbliżający nas i cały gender do równouprawnienia.

ALE, to czego Wam jeszcze nie powiedziałam to, to, że kiedy oglądam “Dziewczyny”, głównie skupiam się na tym jak obleśna jest główna bohaterka. Nie pozwalam sobie na takie seksistowskie rozważania, a jednak myśl ta towarzyszy mi za każdym razem gdy Hannah Horvath zdejmuje ubranie. Dlaczego ona tyle je? – Myślę. Czemu nie pójdzie na jakąś siłownię albo pobiegać?

Nie powiedziałam Wam też tego, że tak jak to świetnie ujęła Ellie Slee w Huffington Post, Beyoncé „feministka” chciałaby zjeść ciastko i mieć ciastko (tym razem nie a propos tycia). Eksponowanie roznegliżowanego acz doskonałego ciała, nawet jeśli w imię wyższej idei „dla i za Matki świata tego”, odzyskujące po ciąży swoją „kobiecość”, nie czyni z Beyonce feministki. Tym mniej jeśli tekst jej piosenki “promuje” (a nawet jeśli nie promuje, to nonszalancko umniejsza ten problem) przemoc w rodzinie (“Eat the cake, Anna Mae” z hitu Drunk in love bezpośrednio odwołuje sie do agresji, której doświadczyła Tina Turner z rąk swojego męża Ike’a). Parafrazując Ellie Slee, droga Beyonce, biorąc na tapetę krzywdę kobiety i staranie się ją przeformatować na wersję “sexy” nie czyni z Ciebie feministki.

Ostatnia informacja, którą się z Wami jeszcze nie podzieliłam to ciekawy fakt, iż Lily Allen sporo schudła. I to dopiero wtedy nakręciła teledysk do “Hard Out Here”. Oczywiście łatwiej przyjmujemy manifesty pod tytułem – nie krytykujcie osób otyłych – gdy są autorstwa tych, którzy sami do otyłych nie należą. Na przykład kiedy taka Jennifer Lawrence oświadcza, że “wyzywanie kogoś od grubych powinno być nielegalne” jest to odbierane jako urocze, a ona jako osoba skromna. Gdyby wyszło to z ust Beth Ditto z Gossip, uznane by zostało za co najmniej żenujące. Wracając do Allen, jej piosenka jest “feministyczną” odpowiedzią „na” oraz krytyką hitu Blurred Lines Robina Thicke, czyli najbardziej mizoginistycznego i seksistowskiego przeboju ostatniej dekady. Dlatego proszę, niech mi ktoś wyjaśni, skoro “Hard Out Here” jest ripostą do Robina Thicke, to dlaczego w jej teledysku nie widzimy wyginających swe roznegliżowane ciała panów, tylko znowu KOBIETY?

images (6)

Czy jest to bardziej feminizm, kiedy roznegliżowane panienki eksponują swe ciała ale dla i w imię innych KOBIET, niż  gdyby działo się to przez oraz dla mężczyzn?

Czymże jest ów pop feminizm XXI wieku? Jakąś dziwną hybrydą dążenia do równości płci połączoną z odwiecznym obowiązkiem kobiety do tego by,  nieważne czy dyskryminowana czy nie, zawsze i wszędzie potrafiła epatować swoją atrakcyjnością i seksownym tyłkiem? Czy jest to “prawo” do eksponowania ciała w imię jakiejś w danym momencie promowanej “idei fix”, oczywiście z zastrzeżeniem, że owo ciało reprezentuje się wystarczająco dobrze?

Dlaczego taka Beyoncé bez ustanku powtarza, że wartość kobiety, która stała się matką NIE spada mimo niewygodnego faktu posiadania potomstwa? Oczywiście pod warunkiem, że stanowi ona, ta kobieta, symbol seksu i nie straszna jej golizna w miejscu publicznym? Tak jakby posiadanie dziecka było problemem, który należy jak najszybciej rozwiązać, abyśmy nadal mogły być uważane za prawdziwe kobiety. Ponieważ najwyraźniej macierzyństwo jest przeszkodą w drodze do ideału kobiecości, która to jest wprost proporcjonalna do atrakcyjności i seksowności (czyli gotowości do obnażenia jak największej powierzchni ciała w tym samym momencie) danej przedstawicielki płci, nomen omen, pięknej.

Być może rozumiem podstawę ideową postulatów wszelakich pop feministek lepiej niż one same. Zgadzam się, że kobieta nie powinna MUSIEĆ stać się istotą aseksualną, aby móc uniknąć uprzedmiotawiania. Oznacza to nic innego niż jej prawo do bycia sexy, a nawet do epatowania dekoltem i zmysłowością z jednoczesnym zachowaniem prawa do respektowania przez szeroko pojętą publikę jej godności jako człowieka. W skrócie – ona może chodzić, a nawet tańcować w krótkiej kiecce, a reszta świata nie ma prawa jej z tego tytułu ubliżać. To głównie na tym postulacie, wydaje się skupiać duża część współczesnych kobiet identyfikujących się jako feministki. Chcą prawa do seksualności bez idącej za tym ceny degradacji do obiektu seksualnego, odczłowieczenia. W porządku. Każda istota ludzka zasługuje na to prawo.

images (7)

Cel jest zatem słuszny, ale czy dąży się do niego słusznymi środkami? Czy walka o respektowanie kobiecej seksualności usprawiedliwia i MUSI odbywać się drogą (znowu) eksponowania ciała, tyle że w kontekście świadomym i niejako “od-kobiecym”?
Szczerze mówiąc, jestem rozdarta, z jednej strony zgadzam się – kobiety powinny mieć prawo zachowywać się jak im się żywnie podoba (tak jak mężczyźni). Zgadzam się, kiedy kobieta staje się matką, nie powinna czuć przymusu ukrywania swojej seksualności na samym dnie głębokiej szuflady z pieluchami.

A z czym się nie zgadzam? Na to, że kobiety muszą to sobie ciągle UDOWADNIAĆ. Sobie na wzajem i całemu światu, przy okazji poświęcając na to o wiele więcej czasu i energii niż na jakikolwiek inny temat związany z gender. Cycki emocjonują bowiem bardziej (jak widać, nie tylko facetów) niż ilość godzin spędzanych przez kobietę za biurkiem albo nad zlewem.

Jeszcze jedno pytanie nie daje mi spokoju – czy gdyby Lilly Allen i Beyoncé nie były atrakcyjnymi kobietami i na swoich teledyskach nie ukazały dość odważnie kobiecego ciała to czy piosenki odniosłyby taki sam sukces?

Być może chcecie odpowiedzieć TAK, zwłaszcza biorąc pod uwagę jakim hitem stał się serial “Dziewczyny”, którego głównej bohaterce bardzo daleko do typowej Hollywoodzkiej piękności.

3301225f6ff03f19fce434185a54fb47

Jeśli tak myślicie, to proszę mi wytłumaczyć dlaczego autorka i aktorka serialu Dziewczyny została obrzucona tak ostrą krytyka za “najgorszą” suknię na gali Golden Globes. Bo wyobraźcie sobie tę samą kreację na Beyoncé.

To nie z sukienką był problem, tylko z tym kto ją założył. Figura Leny Dunham odbiega od standardów wyznaczonych przez wszystkie Beyonce, Lilly Allen i inne feministki popkultury, a jej uroda daleka jest od norm fotoszopa. Jej serial odniósł sukces jako antyteza “hollywoodzkiego” imidżu kobiety wyidealizowanej, silikonowej i wydepilowanej i często, NIEREALNEJ. Jej serial właśnie za to został chwalony.

Paradoksalnie, autorka reprezentująca całą sobą dokładnie ten sam przekaz co serial najwyraźniej nie zasłużyła sobie na takie samo traktowanie.

Leave a comment

Filed under Uncategorized