Monthly Archives: December 2013

Czego unikać przed świętami (lekcja na przyszły rok)

752d325f425b3a0955a0966245ce64b3Na dzień dobry, po pierwsze i przede wszystkim zakupów w godzinach szczytu. Albo w ogóle zakupów w świecie fizycznym. Online można uchronić się przed dzikimi tłumami opętanymi konsumpcyjną wścieklizną i z cenowo-prezentowym obłędem w oczach.

W ogóle lepiej unikać obkupywania się na ostatnią chwilę. Przekonuję się o tym na własnej skórze. Rok po roku.

Należy także obchodzić szerokim łukiem jedzenie w każdej postaci. Tak pod koniec listopada, aby nabrać gotowości na dekadencję bożonarodzeniowej wyżerki, zaleca się przejście na ascetyczno-żołnierską dietę/głodówkę. Może dzięki temu nie będzie trzeba od stycznia wymieniać całej garderoby.

Coś co powinnam była usłyszeć przed tegorocznymi świętami. Zaplanuj JEDEN, konkretny, dobry prezent na tzw. łebka. Wystarczy jeden porządny i do widzenia. Nie wpakuj się w kaskadę prezentów małych, średnich, większych, największych i uzupełniających duperelków prezentopodobnych dla każdego ze obdarowywanych.

Aby uniknąć styczniowej dziury budżetowej większej niż Madagaskar i czarniejszej niż czarna dziura, dodaj tak plus minus 30% do zawczasu oszacowanych wydatków. Zdrowiej sępić niż głodować.

Kewin sam w domu, jak wszyscy wiemy to klasyka kultury wysokiej. ALE świąteczna rozrywka nie może być zależna od łaski i niełaski władz Polsatu. Wykaż sie staromodną pomysłowościa a’la Dobromir i przygotuj szachy, domino, bierki. Przebierz się za Mikołaja i nabieraj najmłodszych członków rodziny. Przygotuj playlistę świąteczną według swego gustu lub jego braku, a Twój bożonarodzeniowy soundtrack nie będzię się kręcił wokół reklamy Vizira.

I-DONT-ALWAYS-DRINK-WINE-BUT-WHEN-I-DO-I-DRINK-THE-ENTIRE-BOTTLE.

Zarządź czasem jak na człowieka XXI wieku przystało. A jeszcze lepiej, podziel obowiązki okołoświateczne między wszystkich gości-biesiadników nie zważając na ich płeć tudzież gender. Zagoń wszystkich do roboty świątecznymi rózgami, bo sprawiedliwość podobno wpływa dodatnio na moc radowania się ogółu społeczeństwa.

Rada dietetyczna, pój się wodą między posiłkami, zjesz mniej. Nie mieszaj alkoholi ze sobą, ale możesz mieszać alkohole z ich odalkoholizowanymi odpowiednikami – wytrąbisz mniej kalorii (a jako bonus, żenującego pijaństwa wśrod krewnych też w efekcie będzie mniej).

A teraz clou czyli gwóźdź programu i świątecznego (niekoniecznie świętego) ducha. Pomóż komuś w potrzebie. Zamiast stękać i marudzić i naburmuszając się na zły, niedobry świat, zrób coś z nim. Dawanie ma być bezinteresowne i w dawaniu nie chodzi o Ciebie. Liczy się odbiorca. Kup obiad komuś głodnemu. Przygotuj paczkę dla dzieci z domu dziecka. Wspomóż bliską Twojemu sercu organizację charytatywną. W moim domu np. zorganizowaliśmy akcje prezentową dla jednego z łódzkich domów dziecka i finansowo wspomożemy fundację Kocia Mama ratującą bezdomne koty. Jakie miło było moje zaskoczenie, kiedy szukając pomocy wśród znajomych usłyszeliśmy, że wielu z nich również podejmuję się takich inicjatyw.

ALE, podejrzewam, że wielu z nas poddaje się, bo myśli, że mały, jednostkowy gest nie jest wiele wart. Wielu grymasi, że czemu ja mam pomagać, a nie inni, kościoły, rządy, albo sąsiad Zenek. Albo czemu tym pomagać, a nie innym. Bo tak. Całego świata nie zbawisz. Wszystkim się nie pomoże, ale od kogoś, czegoś trzeba zacząć. Naprawde nieważne jest w jak drogie i świecące prezenty się wyposażysz, nieważne, że nie masz milionów by wykarmić całą Afrykę. Pamiętaj, że świata nie zmienia się tak w drodze rewolucji, jak w drodze ewolucji. Krok po kroku, po troszku i po malutku, ale to Twoje działanie powinno Cie obchodzić i to Twoje działanie się liczy.

Podejmij je.
keep-calm-and-ho-ho-ho-5

Advertisements

Leave a comment

Filed under Uncategorized

Eurotrip – JAK PRZEŻYĆ W WIEDNIU?

photo 1 (2)

le sznycel

Przede wszystkim: przed przyjazdem wyprzedaj cały swój, latami uciułany dobytek (do transakcji dorzucić możesz nawet tych mniej niezbędnych członków rodziny) austriacka stolica jest bowiem rozhulanym centrum DROŻYZNY.

Nie odstrajaj się przesadnie, Wiedeń ma famę centrum elegancji, opery i balowych sukni, ale rzeczywistość (poza tym, że w oczy kole) wygląda następująco; statystyczny Wiedeńczyk na codzień nie wygląda bardziej szykownie niż Pan majster Józek w robocie.

Ulice świecą pustkami. Wsiadaj za kółko (w przypadku braku kółka możesz robić rundki autobusem) i korzystaj z braku korków i braku kolizji. Co więcej, w kojącej ciszy bez hałasu klaksonów.

Nie nazywaj tubylców Niemcami. Chcesz wiedzieć dlaczego? Proszę bardzo, ale na własną odpowiedzialność, mój ty buńczuczny polaczku.

Spróbuj kawy “mélange”. Dla nas Polaków może być dość humorystyczne zestawienie, kawa plus melanż. Cóż, ja zazwyczaj na melanżach akurat nie kawą się poję, ale jak kto lubi. Z resztą kawa sama w sobie nie jest złym pomysłem, a melanż, biba, impreza jeszcze lepszym!

Jedź na Prater i sprawdź czy zostało w Tobie coś z dziecka. We mnie na przykład NIC już nie zostało; ze strachu nie wsiadłam na ani jedną z tych diabelskich machin. Poszłam za to na piwo, równie polecenia godne.

Objadaj się do woli sznyclem wiedeńskim. Będziesz miał siłę na bieganie po setkach muzeów, które ma w swej ofercie austriacka stolica. Koniecznie odwiedź Vienna Time Travel i ubaw się po pachy (a nawet po kostki – uwaga dla zaznajomionych z ofertą ówego muzeum) na projekcji filmu o historii miasta w uwaga, uwaga formacie: 5D (tak, w Europie Zachodniej wszystkiego mają WIĘCEJ).

Z tego co gminna wieść niesie, w Wiedniu podobno nie sprzedają miesięcznej karty miejskiej* (w mojej rodzinnej, bidnej Łodzi zwanej swojsko “migawką”). Dlatego, aby uniknąć mandatów spowodowanych nieogarnieciem zwiłości wiedeńskiego transportu miejskiego musisz podjąć męską decyzję: zostajesz na tydzień, albo na pół roku.

* jest to mit, nie wiedzieć czemu powtarzany między obcokrajowcami zamieszkującymi Wiedeń.

Jeżeli powziąłeś decyzję zakotwiczyć się w Wiedniu na dłużej (najwyraźniej opcja półroczna skusiła Cię bardziej niż tygodniowa) pamiętaj, że Austriacy to ludzie lubujący się w robocie “papierkowej”. Zarejestruj swoją obecność, każdy swój ruch i wszystkie swoje materialne dobra w trylionie wszelakich biur i urzędów. Włączając do rejestru nawet zwierzęta domowe. Nie martw się, praktycznie wszedzie mają one wstęp (restauracje, mieszkania do wynajęcia, a nawet… Ikea).

RAUCHEN NICHT VERBOTEN!

RAUCHEN NICHT VERBOTEN!

Fajki, pety, papierochy. Jeśli nie palisz, nie przyjeżdżaj. Jeśli rzucasz, poniesiesz sromotną porażkę. Dym papierosowy zastąpił tzw. tlen w wiedeńskim powietrzu już pewnie w odległych czasach Habsburgów. Austriacy palą wszędzie; na ulicach, w restauracjach, na przystankach, na plażach i w śnieżycach. W samochodach i na rowerach (!). Bardzo często prosto w Twoją skonsternowaną twarz nie-palacza, stojąc nonszalancko tuż obok Ciebie, bez wyjąknięcia ani jednej monosylaby kurtuazyjnego zapytania o pozwoleństwo. Założę się, że pali się z jednaką fantazją również w przedszkolach i szpitalach. A zatem, mój szanowny nie-palaczu, weź bucha i zapomnij się. Twój zdrowy tryb życia już dawno przeminął z wiatrem (w przeciwieństwe do tej wszechobecnej papierosowej perfumy). Będąc w Austrii, chciał nie chciał palisz biernie, dlaczego więc nie skorzystać z przyjemności dekadenckiego dymka?

Austria to kraj bardzo femininistyczny. Jeśli nie do końca kręci Cię równość tzw.  genderowa, daruj sobie wizytę. A tym bardziej daruj sobie poszukiwania żony/narzeczonej/konkubiny lokalnej. Kobiety nie doceniają tu nic a nic seksistowskich żartów. Biorą równość płci bardzo, bardzo serio. Aż tak serio, że zadecydowały kolektywnie, że skoro mężczyźni nie malują się ani nie ubierają się “sexy”, to kobiety też nie powinny. Widzisz, taki na przykład żart nie zyskałby w Austrii ani odrobiny uznania.

Lokale zlokalizowane online nie zawsze istnieją w tzw. realu. Zanim ruszysz do pubu/baru/restauracji/klubu go go itp. upewnij się telefonicznie co do ich faktycznego stanu istnienia.

Wyposaż się w hulajnogę. Wbij się w garniak. I zaszalej jak na prawdziwie postrzelonego, formalnie odzianego wiedeńskiego hulajnogistę przystało!

Przygotuj się by zawsze, ale to zawsze działać zgodnie z zasadami. Austriacy nie łamią ich, nie przewidują od nich wyjątków i są genetycznie nieprzystosowani do ich naginania, ustępowania czy negocjowania. Są jednak uprzejmi, nawet jeśli spoglągają na Ciebie jak na wariata, próbującego obejść (chyłkiem) jakieś regulacje.

Pij dużo piwa. Dozwolona ilość alkoholu we krwi jest dwa razy większa niż w naszej ojczyźne. Za 0.5 ‰ wypijmy więc na zdrowie! Udaj się do staromodnie wyglądającej dzielnicy Grinzig, aby skosztować lokalnej kuchni, oraz smakowitego wina rodzimej produkcji w dość przyzwoitych, jak na Wiedeń, cenach. Bądź gotów natknąć się tam na dwie grupy klientów: zapaleńców zorganizowanej turystyki z krajów azjatyckich, oraz austriackich emerytów a’la klub seniora na wakacjach.

tumblr_mnis7vdbI91rwuhn3o1_500Porozumiewanie się, lub chociaż bierne pojmowanie języka niemieckiego jest wysoce wskazane. Ludzie na ulicach mówią “troszkę” po angielsku (pracownicy Ikei, jak widać mojego ulubionego, tak często przez mnie wspominanego miejsca, zaskoczyli mnie; wszyscy bowiem wydają się pochodzić ze Stanów). Powodem wymagania znajomości języka niemieckiego jest przede wszystkim fakt, iż na przeważającej większości produktów spożywczych nie uświadczysz informacji o ich wartości odżywczej w żadnym języku innym niż niemiecki. Brak wersji multijęzykowych boli też przy korzystaniu z austriackich bankomatów…

Niech Ci nawet nie przyjdą do głowy jakieś niepoprawności polityczne. Zwłaszcza w sytuacjach formalnych. Austriacy lubią być poprawni (coż, przynajmniej przez ostatnie 60 lat, ha, ha).

Nie śmieć. Wiedeń jest bardziej nieskazitelny niż łazienka Moniki Geller z serialu Przyjaciele. Albo ta z reklamy Brefa.

Nie napadaj i nie okradaj przechodniów (spróbuj się powstrzymać). Ein Zwei Drei Polizei łypie na Ciebie spode łba na każdnym rogu.

I tak na koniec z grubej rury. Odpuść sobie żarty na temat Adolfa Hitlera. Sama jeszcze ich nie przetestowałam, obawiam się, że Austriacy jako ludzie nobliwi i poważni, mogą mnie za tego typu niepoprawne dowcipasy wygnać na wieki do mojej odegłej, wschodniej ojczyzny, która to nie do końca słynie z poprawności politycznej.

4 Comments

Filed under Uncategorized

Dla naburmuszonych złośnic i rozmemłanych prokrastynatorów

b170661185203eeb3ed263024b618add

Szaro, buro i (prawie) zima. Nastrój pod psem (a w moim przypadku kotem, a nawet dwoma). Na przemian lenię się i wściekam na swoja własną degrengoladę. Złość to czasem piękna rzecz, daje kopa do ruszenia d… się. Pod warunkiem oczywiście, że zostaje uwolniona. Można ją na przykład wypłakać. Albo wykrzyczeć. Można też wyżyć się na modłę staroświecką i przelać ją na papier (piórem gęsim), bądź na modłę postnowoczesną (na rozklekotaną klawiaturę laptopa). Co też czynię, ku Waszej radości/utrapieniu drodzy użytkownicy, blog-czytelnicy i współ-leniwcy. Solidaryzuję się dziś ze wszystkimi naburmuszonymi złośnicami i rozmemłanymi prokrastynatorami. Na co lubimy stękać, narzekać, marudzić? Czego lubimy nie znosić? Co nas doprowadza do szału? No to lecimy. Panie przodem itd. itp., czyli najpierw moja kolej.

Łazienki bez luster. Kiedy obrzydliwie bogaci ludzie narzekają (na cokolwiek). Knajpy, w których można palić (powszechne w Austrii). Wszelkie rodzaje „sztuki” inspirowane młodzieńczym okresem gniewu, burzy i naporu . Weganie nawracający mięsożerców (jeszcze żadnego nie poznałam, ale jestem pewna że ich nie znoszę). Siłownia. Sposób, w jaki mój mąż wymawia słowo „important”, zjadając wszystkie samogłoski. Aktorki budzące się na filmach w nieskazitelnej stylówie porannej i z pełnym mejkapem jak od Diora. Owoce morza.

Grube dzieci jedzące słodycze. Grubi dorośli jedzący słodycze. Chuderlaczki dziobiące sałatę i skarżące się „ale jestem gruba”. Naturalne jasne blondynki (nic co ludzkie nie jest mi obce, łącznie z zazdrością). Książki  Paulo Coelho. Złote myśli Paulo Coelho. Kiedy ktoś mówi, że Paulo Coelho to literatura. Ludzie z brudnymi włosami. Moje stare okulary minus siedem dioptrii spadające na podłogę za każdym razem, gdy spojrze w dół. To, że muszę zdejmować szkła kontaktowe po późnym powrocie do domu, w stanie zmęczenia i/bądź wstawienia.

Gdy podają wino na samym dnie kieliszka w jakimkolwiek miejscu poza super drogą, luksusową restauracją gourmet. Poza tym, umówmy się, wino, które sprzedają w tych wszystkich knajpach/barach/pubach nie jest nawet wystarczająco dobre, aby je przełknąć, a co dopiero żeby się nim delektować podziwiając jego rubinowy ton i aksamit konsystencji. Ludzie publicznie dłubiący w nosie. Ćmy.

Gdy wychodzę z domu odsztafirowana a tu okazuję się, że jest za gorąco/za zimno/zbyt wietrznie. Błyszczyk, który przykleja mi włosy do ust. Zeschnięte słodkie bułki. Zapach smażących się ryb. Zapach surowych ryb. Topniejący śnieg zmieszany z miejskim błociskiem. Hity w auto-tune. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego i wiedzące o tym. Kobiety z tyłkami lepszymi od mojego i udające, że tego nie wiedzą.

Owłosienie ciała. Zbyt ciasna bielizna. Zbyt mocne pasty do zębów. Gdy fryzjer ścina mi włosy krócej, niż to ustalono. Gdy nie mogę znaleźć dżinsów, które jednocześnie byłyby wygodne i ładne. Moje za krótkie rzęsy. Mój za długi język. Mój kozi upór. Kozi upór reszty populacji. Kiedy ktoś opowiada historie i ociąga się z przejściem do puenty. Gdy oglądam wiadomości finansowe Bloomberga i nie rozumiem z nich nic a nic.

Okrucieństwo. Samotność. To że już porysowałam sobie obrączkę na mojej znienawidzonej siłowni. Że wciąż zapominam o rzeczach typu „zdejmij obrączkę przed siłownią”. Miejsca, gdzie brakuje kontaktów (do prądu, nie ludzi). Wszelakie wschodnioeuropejskie dworce kolejowe. Miejsca, gdzie nie honorują kart płatniczych. Produkty drogie tylko ze względu na ich „design” i „look”. Gadać przez telefon. Być w miejscu pełnym ludzi, nie znając tam nikogo.

Gdy nie mogę zasnąć. Gdy moje włosy są przesuszone. Gdy mam mieszkanie pełne kociej sierści. Gdy moje koty korzystają z kuwety tylko i wyłączne wtedy, gdy jest świeżo wyczyszczona i/lub dopiero co przeniesiona z balkonu do salonu. Gdy wstaję, idę do kuchni i zdaję sobie sprawę, że wczoraj skończyło się mleko. Gdy rodzice krzyczą i szarpią swoje dzieci. Gdy dzieci krzyczą i szarpią wszystko dookoła. Muzyka Jazz.

Filmy o super-bohaterach. Filmy o Drugiej Wojnie Światowej. Bilety do kina z nienumerowanymi miejscami (tym bardziej gdy sprzedadzą ich za dużo). Gdy ktoś otwiera nową butelkę kosmetyku, nie wyrzuciwszy starej. Gdy próbuję wyciągnąć mikro-kawałeczek skorupki jajka z patelni podczas smażenia jajecznicy. Gdy nie ma gdzie wyrzucić zużytej gumy do żucia. Gdy ktoś z rodziny Kardashianów używa terminu „praca” lub „kariera” w odniesieniu do którejkolwiek ze swoich „działalności”. Zajęcia, na których bardziej liczy się „obecność”, niż wiedza.

anger-1950s-spoof

Gdy nie wiem, jak zakończyć artykuł.

No to dajesz, Twoja kolej.

5 Comments

Filed under Uncategorized